<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Eagle-Gryphon Games &#8211; Planszówki we dwoje</title>
	<atom:link href="https://planszowkiwedwoje.pl/tag/eagle-gryphon-games/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://planszowkiwedwoje.pl</link>
	<description>...lecz nie tylko dla dwojga</description>
	<lastBuildDate>Tue, 08 Apr 2025 21:06:03 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=7.0.3</generator>

<image>
	<url>https://planszowkiwedwoje.pl/wp-content/uploads/2023/02/cropped-Logo-strona-75x75.png</url>
	<title>Eagle-Gryphon Games &#8211; Planszówki we dwoje</title>
	<link>https://planszowkiwedwoje.pl</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Morocco &#8211; recenzja</title>
		<link>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/04/morocco-recenzja/</link>
					<comments>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/04/morocco-recenzja/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wiktor (Planszówki we dwoje)]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 06 Apr 2017 15:07:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[recenzje planszówek]]></category>
		<category><![CDATA[Eagle-Gryphon Games]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://planszowkiwedwoje.pl/2017/04/morocco-recenzja/</guid>

					<description><![CDATA[Morocco przenosi graczy na arabski targ pełen zaklinaczy węży, sprzedawców dywanów i innych handlarzy. Główną mechaniką planszówki jest kontrola obszarów, więc rywalizacja toczyć się będzie między klanami specjalizującymi się w różnych dziedzinach. Czy podczas partii można poczuć intensywną woń przypraw i usłyszeć przekrzykujących się sprzedawców? Przeczytajcie! Wiek: 13+ Liczba graczy: Czas gry: ponad 45 minut Wydawca: Eagle-Gryphon Games Tematyka: arabski targ Główna mechanika: kontrola obszarów BGG: Morocco Grę przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games. &#160; Wygląd i wykonanie: Wiktor: Morocco jest grą o bardzo stonowanej kolorystyce. Z szarą planszą i brązową okładką kontrastują jedynie drewniane elementy: niewielkie sześciany oraz pionki graczy. Mimo tego Morocco prezentuje się dobrze, lecz nie dzięki szałowym ilustracjom, a właśnie eleganckiej, estetycznej oprawie. W bardzo praktycznej wyprasce upchnięto sporo drewna i niemało żetonów. Podoba mi się, że na planszy znalazło się też trochę miejsca na skrót zasad punktowania, z których dość często korzysta się podczas zabawy. Planszówka jest solidnie wykonana i mimo godzin spędzonych z nią przy stole wciąż wygląda niemal jak nowa. Kasia: W pudełku Morocco jest sporo zawartości, a ta prezentuje się nieźle. Jest tu dość dużo drewna: meeple w trzech kształtach, piony o ciekawej formie, kolorowe sześciany oraz wielka kostka (trochę niepotrzebnie aż tak duża ;). Są także pokaźne, ozdobione grafikami żetony oraz ładna plansza &#8211; niby prosta, ale niepozbawiona także dodających realizmu szczegółów. Wszystko to jest na szczęście wykonane bardzo solidnie i dobrze mieści się w porządnej, przykrywanej wyprasce. Nie ma tu wizualnych fajerwerków, ale nikt nie powinien czuć się rozczarowany stonowanym, spokojnym wyglądem tej planszówki. Ocena Wiktora: 7/10 Ocena Kasi: 7/10 Zasady i instrukcja: Wiktor: Morocco to gra typu area control, w której rywalizuje się o przejęcie jak największej liczby obszarów. Zabawa składa się z dwóch głównych etapów: fazy pozyskiwania kostek informacji oraz przydzielania robotników. W pierwszej z nich na wyznaczonym polu planszy za pomocą pionka określa się, jakie kostki zostaną przydzielone aktywnemu graczowi (zawsze dwie) oraz jego przeciwnikom (każdemu po takiej samej, jednej). Po wykonaniu swojego ruchu, na koniec fazy każdy powinien mieć w swoich zasobach pięć znaczników. W wariancie dla 2-3 graczy brakujące kostki uzupełnia się rzucając kością, która ma imitować wybory wirtualnych graczy. Sednem zabawy jest rozstawianie swoich robotników na planszy. Każda taka akcja kosztuje dwie (lub wyjątkowo trzy) kostki informacji pozyskane wcześniej, a ich kolor zależy od pozycji wybranego pola. Przewidziano też akcje specjalne pozwalające np. wystawić dwa meeple. W momencie, gdy jeden ze straganów zapełni się pionkami następuje podliczenie punktów, a gracz z przewagą na danym polu umieszcza na nim swój znacznik zamkniętego straganu, który wpływa na inne sąsiednie pole. Można więc stworzyć efekt domina, gdzie postawienie pionka domknie stragan, spowoduje wyłożenie żetonu, który domknie kolejny, znów położy się żeton&#8230; Instrukcja przedstawia reguły dość dobrze, chociaż wyjątkowo musiałem niekiedy korzystać też z opisanych w niej przykładów. Poza regułami Morocco jest grą niezależną językowo, więc jedna osoba znająca język angielski może poprowadzić całą partię. W zasadach zabrakło mi jedynie jakiegoś krótkiego podsumowania działania wszystkich pionków, chociaż kilku myślników, które pozwoliłyby przypomnieć sobie reguły po dłuższej przerwie. Poza tym wszystko przebiegało raczej sprawnie i bez wątpliwości. Kasia: Zasady Morocco dość łatwo jest zrozumieć i zapamiętać, a dodatkowo anglojęzyczne wydanie gry nie powinno stanowić przeszkody, jeśli tylko jeden z graczy zna angielski.&#160; Na planszy umieszczono nawet skrót sposobu punktowania, choć mógłby on zostać zapisany nieco większą czcionką, by był bardziej czytelny. Ocena Wiktora: 7/10 Ocena Kasi: 7/10&#160; Rozgrywka: Wiktor: W przeciwieństwie do wielu innych opisywanych na blogu gier, o Morocco trudno mi coś napisać. Tytuł, mimo ciekawej tematyki, jest dość abstrakcyjny. W czasie zabawy operuje się kostkami, by jak najskuteczniej rozwijać swoje targowiska, najlepiej przez tworzenie ciągów przypominających efekt domina. Wymaga to sporo pomyślunku i dobrego planowania, tym bardziej, że przeciwnicy na ogół nie odpuszczają i uparcie starają się dostawiać swoje pionki do cudzych straganów. Fajnie rozwiązano tutaj system nagradzania osoby przegrywającej walkę o wpływy na danym polu &#8211; otrzymuje ona pieniądze (pozwalające zmieniać ułożenie kostek na planszy), punkty (mniej niż zwycięzca) oraz często dostęp do ochroniarza, meepla liczącego się jako dwa (mogącego więc samodzielnie zająć już pół straganu). Grając w cztery lub pięć osób Morocco pozbawione jest losowości. Jedyna niepewność wynika z ruchów przeciwników, tego które kostki nam dadzą oraz gdzie postawią swoich sprzedawców. Taki zabieg powoduje, że Morocco jeszcze bardziej przypomina grę logiczną, w której liczy się suche planowanie. Zabawa jest też dość statyczna, na planszy dzieje się niewiele. Na szczęście oczekiwanie na własny ruch na ogół się nie dłuży, bo dostępne akcje zależą głównie od posiadanych kostek, które nas ograniczają. Interakcja w Morocco sprowadza się do dostawiania pionków na pola, na które polują przeciwnicy, chociaż występuje tu też element interakcji pozytywnej, polegającej na wybieraniu kostek dla przeciwników w fazie wypatrywania. Mimo wspomnianej statyczności Morocco okazuje się grą dość regrywalną, na co wpływ ma układ kostek wyznaczających siatkę targowiska, no i poczynania samych graczy. Zabawa najlepiej sprawdza się w większym gronie, czterech graczy to według mnie liczba optymalna, chociaż i we troje gra się w porządku. W komplecie jest już trochę zbyt ciasno na planszy i przejście jednej kolejki trwa trochę zbyt długo. Właściwie trudno mi napisać o tym tytule coś więcej. Nie przekonuje mnie ten typ rozrywki, za mało w tym wszystkim frajdy, bym w pełni docenił, było nie było, działającą mechanikę. Fanom logicznego area control może się spodobać, lecz dla mnie to typowy średniak. Kasia: Chyba wiem czemu Wiktor pisał o tym, że trudno coś o Morocco napisać. Sądzę, że dlatego, że gra jest dość monotonna: dobierasz klocki, odrzucasz klocki, stawiasz meepla. W mojej opinii, pomimo nieźle skonstruowanej mechaniki, trochę za mało się tu dzieje. Podoba mi się natomiast poziom interakcji &#8211; gdyby nie ona gra pozbawiona byłaby emocji. A tak, kiedy ktoś pokrzyżuje nam szyki, to ciśnienie potrafi się podnieść. W Morocco jest sporo myślenia, ważna jest m.in. mini gra na początku każdej tury i rozważenie kto może czego potrzebować, czego sami potrzebujemy. Warto też śledzić jak sytuacja na planszy zmienia się w trakcie kolejek pozostałych graczy, bo może to mieć odbicie w tym jaką ostatecznie decyzję podejmiemy odnośnie własnego ruchu. Mamy tu też trochę przypadku (choć losowości praktycznie brak) &#8211; głównie jeśli chodzi o to, jakie kosteczki dostajemy. Na szczęście są sposoby by radzić sobie z mniej korzystnymi układami, więc w ostatecznym rozrachunku jego obecność mi nie przeszkadza. Faktem jest jednak, że nie zawsze możemy przewidzieć co uda nam się zrobić w następnej kolejce. Istotny jest tu również wpływ innych graczy na nasze posunięcia. Pomimo więc tego, że strategia jest tu kwestią istotną, to jednak nie jest to gra, w której każdy skupia się wyłącznie na sobie. Najfajniej w Morocco grało mi się we cztery osoby, kiedy nie trzeba było używać kostki, a na planszy było nieco ciaśniej. Jednocześnie nie oczekiwałam zbyt długo na swój ruch. Ogólnie rzecz biorąc planszówka ta nie podbiła jednak mojego serca &#8211; tak jak pisałam na początku &#8211; jest zbyt mechaniczna, za mało różnorodna. Ocena Wiktora: 5/10 Ocena Kasi: 6/10 Gra we dwoje: Wiktor: Morocco we dwoje to więcej luzu na planszy i losowe znaczniki informacji zapewniane przez rzut kością (swoją drogą dużą i bardzo fajną). Na planszy jest luźniej, dzięki czemu łatwiej realizować swoją założoną strategię, jest też trochę mniej rywalizacji, przez co abstrakcyjne zmagania stają się jeszcze mniej emocjonujące. Z drugiej strony mniejsza możliwość ingerencji przeciwników w nasze&#160; poczynania trochę bardziej pasuje do logicznego charakteru gry. Werdykt? Wariant dwuosobowy mnie nie przekonał. Tracąc dodatkową rywalizację wynikającą z większej liczby pionków i żetonów na planszy zabawa straciła też trochę w moich oczach. Kasia: We dwójkę gra staje się odrobinę bardziej losowa, ponieważ brak rywali rekompensuje rzut kostką, który determinuje to, jakie pola będziemy mogli zająć. Z drugiej jednak strony na planszy jest luźniej, więc łatwiej zagospodarować nawet niezbyt korzystne zestawy kostek. Więcej wolnej przestrzeni to jednak mniejsza rywalizacja i, co za tym idzie, mniejsze emocje towarzyszące grze. Dlatego też wariant dwuosobowy nie został moim ulubionym. Ocena Wiktora: 3/10 Ocena Kasi: 5/10&#160;&#160; Klimat i tematyka: Wiktor: Morocco to gra o tematyce arabskiego targu. Pomysł jest całkiem ciekawy, jednak w mechanice raczej go nie czuć. Stonowana kolorystyka planszy i żetonów oraz bardziej jaskrawe drewienka nie wystarczyły, by przenieść na planszę klimat głośnego, barwnego targu. Wszytko to sprawia, że Morocco jest bardzo neutralne pod kątem klimatu. Czy to duża wada? Patrząc na suchą, abstrakcyjną mechanikę &#8211; raczej nie. Ta gra po prostu tak ma. Kasia: Patrząc na okładkę Morocco nie bardzo wiadomo czego się spodziewać (poza jakimś afrykańskim tropem). Trudno więc raczej, żeby temat jakoś szczególnie w tym przypadku przeciągał. Ja uznałabym go co najwyżej za neutralny. Z resztą w ogóle jest to gra o słabo zarysowanym charakterze. Jej abstrakcyjna mechanika jest tylko lekko przypudrowana wymyślonym tematem, więc sądzę, że najbardziej usatysfakcjonowane nią będą właśnie osoby, dla których oprawa i klimat mają znikome znaczenie. Tego ostatniego bowiem niemal tu nie czuć &#8211; wszystko kręci się wokół zdobywania odpowiednich kosteczek i sprytnego rozmieszczania ludzi. Przyjemny wygląd daje jednak tyle, że gra nie sprawia wrażenia zupełnie suchej. Ocena Wiktora: 2/10 Ocena Kasi: 3/10&#160; Podsumowanie: Wiktor: Grze Morocco nie mogę odmówić przyjemnego, eleganckiego wyglądu i &#8211; jak w przypadku wszystkich gier wydawnictwa Eagle Gryphon, które poznałem&#160; &#8211; solidnego wykonania. Zasady zabawy są przystępne, a struktura tury intuicyjna. Rozgrywka dostarczyła mi niestety mało emocji, miała zbyt abstrakcyjny, logiczny i suchy charakter, co w przypadku mechaniki kontroli obszarów nie okazało się najlepszym rozwiązaniem. Same mechanizmy działają jednak dobrze, po prostu nie przypadły mi do&#160; gustu. O ile zabawę w większym gronie oceniam przeciętnie, to ta we dwoje mnie nie przekonała. Jeśli nie przepadacie za grami logicznymi, to i klimat nie zachęci Was do zapoznania się z Morocco &#8211; jest mocno neutralny i słabo wyczuwalny. Kasia: Pod względem mechanicznym Morocco jest grą sprawnie działającą, choć na dłuższą metę może być zbyt mało różnorodne. Schludne i porządne wykonanie nie idzie tutaj w parze z klimatem. Tego w grze prawie nie znajdziecie. Zasady nie są na szczęście trudne, a gra może angażować całkiem przyzwoitą dawką interakcji połączonej z koniecznością strategicznego myślenia. Ocena: Wiktor: Morocco to przeciętne gra o kontroli obszarów, która ma szanse spodobać się miłośnikom pozycji abstrakcyjnych i pozbawionych losowości. Podobnie jak i Kasia mogę od czasu do czasu zagrać w ten tytuł, ale sam nie będę go raczej proponował i bez bólu się z nim rozstanę. Spośród czterech recenzowanych gier wydawnictwa (Floating Market, Wombat Rescue i Heir to the Pharaoh) przy tej bawiłem się najgorzej. Kasia: Morocco oferuje trochę za mało by mnie porwać, nie czuję tu odpowiedniej głębi rozgrywki (także tej klimatycznej), jest ono dla mnie zbyt mechaniczne. W mojej opinii jest to więc gra raczej przeciętna, która jednak może trafić do pewnej grupy odbiorców. Ja mogę w Morocco zagrać, ale podczas spotkań raczej sama nie będę go proponować. Dla kogo? Dla: lubiących gry o prostej mechanice; fanów gier logicznych i abstrakcyjnych; maniaków mechaniki kontroli obszarów Przypomina nam: Tikal Plusy: dobre wykonanie elegancki wygląd przystępne zasady strategia połączona z interakcją Minusy: monotonia rozgrywki zbyt abstrakcyjny i logiczny charakter zabawy słabsza we dwoje klimat i tematyka są w niej praktycznie niewyczuwalne Grę do recenzji przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games. Dziękujemy!]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/04/morocco-recenzja/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Heir to the Pharaoh &#8211; recenzja</title>
		<link>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/02/heir-to-pharaoh-recenzja/</link>
					<comments>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/02/heir-to-pharaoh-recenzja/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wiktor (Planszówki we dwoje)]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 23 Feb 2017 18:40:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[recenzje planszówek]]></category>
		<category><![CDATA[Eagle-Gryphon Games]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://planszowkiwedwoje.pl/2017/02/heir-to-pharaoh-recenzja/</guid>

					<description><![CDATA[Heir to the Pharaoh to dwuosobowa gra o zmaganiach kota i psa o władzę w Egipcie. Tylko jeden ze zwierzaków może przecież zostać spadkobiercą bezdzietnego faraona. Gracze zabiegają o przychylność bogów za pomocą licytacji, a ci odwdzięczają się różnymi akcjami. Rywalizacja toczy się także na planszy, na której wyrastają świątynie, monumenty i ołtarze. Wiek: 10 + Liczba graczy: 2 Czas gry: około 45-60 minut Wydawca: Eagle-Gryphon Games Tematyka: starożytny Egipt, koty Główna mechanika: licytacja, budowanie sieci BGG: Heir to the Pharaoh Grę przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games. Wygląd i wykonanie: Wiktor: Heir to the Pharaoh utrzymane jest w bardzo ładnym, starożytnym stylu. Ilustracje niezwykle dobrze pasują do tematu gry i prezentują się świetnie &#8211; począwszy od kart z rysunkami bogów i zwierzaków, po barwną, ładnie ozdobioną hieroglifami planszę. Do pełni szczęścia brakować może jedyne meepli monumentów, które widziałem w edycji z Kickstartera. Fajnie wyglądają też dwa duże drewniane znaczniki. Są zrobione trochę na wyrost, ale ładnie prezentują się na planszy. Wszystko ładnie i pięknie, ale co z jakością? To już kolejna gra od Eagle-Gryphon Games, która zaskakuje mnie wykonaniem. Karty są pancerne, w pudełku znów znalazła się świetna wypraska z przykrywką. To bezapelacyjnie jedna z najlepiej wykonanych i ładniejszych, jakie widziałem. No i ma jeszcze bardzo przyjemne grafiki przedstawiające koty (i trochę groźniejsze psy). Brawo! Kasia: Wygląd Heir to the Pharaoh jest przede wszystkim bardzo spójny, komponenty wyglądają jak zrobione z papirusu, a dodatkowo wykonanie jest niezwykle porządnie, karty są płótnowane i niemal niezniszczalne. Wizualnie gra wyróżnia się na tle większości oglądanych przeze mnie planszówek, widać, że ma swój specyficzny styl. Cenię tę oryginalność i uważam, że gra jest po prostu bardzo ładna &#8211; plansza jest gustowna, a rysunki Anubisa i Bastet wdzięczne i przyjemne w odbiorze. Znów też Eagle Gryphon Games uraczył nas swoją wyjątkową wypraską, która jest wygodna, praktyczna i przyspiesza przygotowanie gry. Niewiele jest tu powodów do krytyki, choć przyznam, że z miłą chęcią zobaczyłabym lepiej ponumerowany tor punktacji (ułatwiłoby to liczenie). No i jeszcze chętnie poprawiłabym&#160; czytelność kart bogów. Kiedy pojawiają się oni na stole chciałabym widzieć od razu jaką mają zdolność (np. przez wytłuszczenie odpowiedniego słowa lub zastosowanie dodatkowego symbolu). Ocena Wiktora: 9/10 Ocena Kasi: 8,5/10 Zasady i instrukcja: Wiktor: Heir to the Pharaoh składa się z dwóch głównych faz: licytacji przychylności bogów oraz wykonywania przypisanych do nich akcji. Na początku zabawy obaj gracze dysponują zestawem kart o takiej samej wartości, które wykorzystywane są podczas licytacji. Ta polega na równoczesnym zagraniu kart i porównaniu zapisanych na nich liczb. Z czasem zyskuje się dostęp do kart magii mogących modyfikować zasady licytacji (wygrywa karta o najmniejszej wartości, wygrywasz remisy itp.). Po każdej rundzie obaj gracze wymieniają się wykorzystanymi kartami. Faza akcji opiera się na odpalanych kolejno zdolnościach bogów. Chyba najlepszym sposobem na jej zwięzłe opisanie jest przytoczenie możliwości licytowanych kart: Seshat (Seszat) &#8211; umieszcza na planszy aktywną budowlę wraz ze znajdującym się pod nią żetonem kierunków Geb i Nut &#8211; przejmują aktywną budowlę, pozwalają dowolnie obrócić żeton kierunku pod nią. Jest to o tyle istotne, iż na koniec rozgrywki każda budowla zapewni tyle punktów, ile wynoszą wartości innych ołtarzy, monumentów i świątyń, na które wskazuje. Ptah &#8211; dobiera KARTĘ aktywnej budowli i daje od jednego do siedmiu punktów (zależne od liczby takich samych kart w posiadaniu gracza) Ra &#8211; umieszcza znacznik gracza na aktywnym symbolu słońca wokół planszy. Na koniec partii najdłuższy ciąg żetonów zagwarantuje punkty każdemu z graczy. Wadjet (Wadżet) &#8211; pozwala dobrać kartę magii, z której można skorzystać podczas licytacji. Faraon &#8211; działa na trochę innych zasadach. W skrócie &#8211; pozwala budować piramidę i zdobywać za nią punkty. Thoth &#8211; bóg kalendarza porządkujący wszystko po zakończeniu rundy, pozwala posiadaczowi np. wybrać aktywną budowlę na następną rundę. Zasady Heir to the Pharaoh są zrozumiałe i dobrze opisane w instrukcji. Sporo miejsca w książeczce poświęcono opisowi poszczególnych bogów i ich zdolności, udało się też przedstawić przykładową rundę oraz punktowanie. Wszystkie karty zawierają też krótki opis swojego działania, dzięki czemu w czasie zabawy zerkanie do reguł można ograniczyć do minimum. Najmniej intuicyjną kwestią początkowo była zdolność Faraona, jednak po dwóch partiach nie było to już problemem. Minusy? Podczas przygotowania partii kafelek piramidy należy postawić w miejscu, na które zgadzają się obaj gracze. Nie jestem fanem takich rozwiązań, wolałbym, aby zasady precyzowały do kogo należy decyzja. No i do zabawy wymagana jest znajomość języka angielskiego, co będzie pewnie wadą dla osób, które nim nie władają. Kasia: Zasady Heir to the Pharaoh nie są bardzo skomplikowane, choć potrzeba jakichś dwóch partii, by w pełni się z nimi oswoić. Zrozumienie &#8222;na sucho&#8221; nie wystarczy bowiem, by pojąć sens poszczególnych akcji. Znajomość angielskiego jest z pewnością konieczna, by zapoznać się z instrukcją, a jego podstawy przydadzą się także podczas gry. Na szczęście jednak tekstu na kartach jest niewiele i tylko niektóre z nich pozostają zakryte podczas rozgrywek. Ciekawym pomysłem jest to, że ostatnim z bogów w każdej kolejce jest zawsze Thoth, na którego karcie znajduje się opis czynności do wykonania pod koniec rundy. To sympatyczne ułatwienie, wplecione w mechanikę gry. Ocena Wiktora: 8/10 Ocena Kasi: 7/10&#160; Rozgrywka: Wiktor: W Heir to the Pharaoh zastosowano kilka fajnych mechanik, z bardzo sprawnie działającą licytacją na czele. Walka o względy bogów wymaga odpowiedniej strategii i priorytetyzacji planowanych działań. Rzucanie po kolei wszystkich najsilniejszych kart jest raczej kiepskim rozwiązaniem, za które przyjdzie zapłacić w kolejnych rundach. Z drugiej strony gra jest skonstruowana tak, że trudno jest odpuścić jakichś bogów &#8211; wszyscy mają swoje zalety i są przydatni. W grze nie ma wiele losowości. Od przypadku zależą raptem kolejność licytacji bogów oraz aktywne żetony kierunku oraz powiązane z nimi budowle. Na te ostatnie zresztą wpływ ma osoba, która zgarnie kartę Thotha. Heir to the Pharaoh bardziej niż na losowości bazuje na niewiadomych w postaci decyzji przeciwnika. Błędne oszacowanie zamiarów oponenta kończy się często zagraniem najwyższej możliwej karty (dziesiątki) przeciwko&#8230; jedynce lub dwójce. I odwrotnie, czasami można minimalnie przegrać ważną rywalizację, bo chciało się przyoszczędzić i zachować dobrą kartę. Skoro cała gra kręci się wokół licytacji, to i ona jest źródłem interakcji w zabawie. Nie można tu bezpośrednio atakować przeciwnika, a szkodzenie mu ogranicza się do ustawienia budowli w mało korzystnej pozycji na planszy lub podebraniu jakiegoś przydatnego mu boga. Mimo że centrum rozgrywki jest licytacja, to i plansza jest jej ważnym elementem. Odpowiednie rozstawianie lub obracanie budowli może okazać się kluczem do wygranej. Tym bardziej, że na początku zabawy na polach lądują żetony magii, a ich zajęcie pozwala na dobranie karty, która może odmienić losy kolejnych licytacji. Ciekawym rozwiązaniem jest punktowanie nie za własne monumenty, świątynie i ołtarze, a za te, na które wskazują nasze żetony. Niekiedy warto więc oddać przeciwnikowi budowlę wartą trzy punkty, by w kolejnych turach wykorzystać ją do własnych celów. Warto też wspomnieć, że w Heir to the Pharaoh punkty zdobywa się za różne rzeczy, nie tylko budowle. Jest też piramida, której wznoszenie pozwala wysunąć się na prowadzenie, a i nagradza osobę, która pod koniec rozgrywki ma na niej najwięcej swoich znaczników. Dobieranie kart budowli również może pomóc w wywalczeniu przewagi punktowej. Trzeba więc umiejętnie zdobywać przychylność bogów, by nie oddać przeciwnikowi pola w żadnym z elementów. Dzięki temu Heir to the Pharaoh jest grą pełną rywalizacji, ale jednak tej bardziej pokojowej i polegającej na sprycie. Kasia: W grach dwuosobowych bardzo rzadko udaje się z sukcesem wprowadzić mechanikę licytacji. Tutaj działa ona świetnie, a umiejętne wybieranie spośród dostępnych wartości, wyczuwanie przeciwnika i szacowanie na co warto postawić więcej, są główną siłą napędową Heir to the Pharaoh. Późniejsze stawianie ołtarzy na planszy czy budowa piramidy są jedynie pochodną tego, co uda nam się ugrać w fazie licytacji. Z pewnością na plus działa tu także sprytny mechanizm przekazywania zagranych kart, który sprawia, że rozsądne planowanie jest niezwykle ważne. Nie wystarczy zagrywać jak najwyższych wartości, gdyż tym sposobem dajemy swojemu przeciwnikowi silny oręż na następną kolejkę. Fajnie została również rozwiązana taka prosta sprawa jak rozstrzyganie remisów &#8211; niby nic, a wszystko to razem wskazuje, że mamy do czynienia z grą, której poświęcono dużo uwagi. Zauważyłam tu na przykład ciekawy twist w postaci dodatkowych mocy dostępnych dzięki kartom zwierząt. Początkowo mogą się one wydawać jedynie urozmaiceniem, ale może się okazać, że w kluczowym momencie rozgrywki przechylą szalę zwycięstwa na naszą stronę. Generalnie w Heir&#8230; nieraz czułam, że idzie mi słabo, zwłaszcza w kolejkach, w których Wiktor zgarniał większość bogów. Nie można się tu jednak poddawać, bo konsekwentnie realizując swój plan, a przy tym korygując go względem zmieniającej się sytuacji można w końcu zdobyć przychylność faraona. Warto pamiętać, że w grze mamy do czynienia z niezłą sałatką punktową, tak więc droga do zwycięstwa nigdy nie jest oczywista. Trzeba się sporo nakombinować, a i tak zwykle do samego końca nie wiadomo czy obrana strategia okazała się zwycięska. Uważam, że Heir to the Pharaoh jest pozycją idealną, by grać w &#8222;stałej&#8221; parze, tzn. z tym samym przeciwnikiem. Dzięki temu można grę zgłębiać, testować różne ścieżki. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zmieniać rywali, choć trzeba liczyć się z tym, że pierwsza partia zwykle odbywa się nieco po omacku. Ocena Wiktora: 8/10 Ocena Kasi: 8,5/10 Klimat i tematyka: Wiktor: Egipską tematykę świetnie oddaje szata graficzna planszówki. Klimat w Heir to the Pharaoh nie jest całkiem poważny, dbają o to koty i psy &#8211; zwierzęta podległe Bastet oraz Anubisowi. Mechanicznie klimat oddano nieźle. Bogowie są związani ze swoimi mitologicznymi dziedzinami (np. Ra ze słońcem, Seszat z budownictwem, Thoth z kalendarzem), budowanie świątyń ma sens, a na planszy znalazł się nawet Nil. W licytacji udało się też zaznaczyć istotną rolę księżyca i słońca, które służą do rozstrzygania remisów. Co więcej, w instrukcji poświęcono trochę miejsca na opis występujących w grze bogów, dzięki czemu zainteresowane osoby nie będą musiały sięgać od razu do Wikipedii. Trzeba pamiętać, że to jednak wciąż gra euro, w której klimat odgrywa drugorzędną rolę. Heir to the Pharaoh wypada jednak pod tym kątem pozytywnie, szczególnie na tle recenzowanych ostatnio mniej tematycznych tytułów. Kasia: Pierwszym elementem, który przychodzi mi na myśl gdy zaczynam analizować czy Heir to the Pharaoh jest grą z klimatem jest niewątpliwie szata graficzna. Wszechobecny papirus oraz specyficzna kreska rysunków bardzo pasują do tematu gry. I choć podczas naszych partii nie identyfikowałam się zbyt mocna z którąś ze stron konfliktu, to doceniam wprowadzenie tu kilku interesujących i całkiem dobrze powiązanych z mechaniką bogów. Właściwie trudno powiedzieć co trzeba by zrobić inaczej, by gra była bardziej klimatyczna. Taka już jej specyfika, że angażuje, ma przyjemny temat i oprawę, ale to nadal euro. Ocena Wiktora: 6/10 Ocena Kasi: 6/10&#160; Podsumowanie: Wiktor: Heir to the Pharaoh to śliczna, intuicyjna i angażująca gra. Bardzo fajnie rozwiązano w niej element licytacji/kupowania względów bogów, a w pozornie niedużej planszówce upchnięto kilka naprawdę dobrze sprawdzających się mechanik. Mimo niewielkiej losowości i braku bezpośredniej, negatywnej interakcji Heir to the Pharaoh nie jest grą, która szybko powszednieje. Udało się nawet całkiem nieźle połączyć egipski temat z rozwiązaniami mechanicznymi oraz krótko opisać bogów w instrukcji. Super! Kasia: Gra jest pomysłowa, a przy tym wyważona. Świetnie wygląda oraz ma dużo do zaoferowania jeśli chodzi o mechanikę czy satysfakcję z rozgrywki. Na szczególną uwagę i uznanie zasługuje perfekcyjna implementacja licytacji do gry dwuosobowej. Niewiele tu losowości, ale za to bardzo dużą rolę pełni tzw. czynnik ludzki. Ocena: Wiktor: Heir to the Pharaoh to gra, która w Polsce przejdzie pewnie bez większego echa, o ile jej wydaniem nie zainteresuje się jakaś rodzima firma. A szkoda, bo to bardzo fajna i sprytna pozycja, która zasługuje na poznanie. Miłośnikom dwuosobowych zmagań na planszy serdecznie polecam! Kasia: Jak dla mnie to po prostu niezwykle udana dwuosobówka, której przydałby się większy rozgłos. Nie jest pewnie propozycją dla każdego, choćby dlatego, że trzeba tu dzielnie znosić swoistą wojnę psychologiczną. Miłośnikom takich starć może jednak dostarczyć wielu pozytywnych wrażeń. Dla kogo? Dla: grających we dwoje; miłośników psów i kotów; fanów egipskich klimatów i niestandardowych ilustracji, średnio zaawansowanych, ale i ogranych początkujących Przypomina nam: odlegle Strife (licytacja) oraz Tikala (rywalizacja, temat, świątynie) Plusy: bardzo porządne wykonanie oryginalny, ładny wygląd świetnie działająca mechanika licytacji proste zasady i angażująca rozgrywka czas trwania partii jest w sam raz Minusy: wersja sklepowa nie ma drewnianych budowli 😉 Grę do recenzji przekazało nam...]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/02/heir-to-pharaoh-recenzja/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>4</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Floating Market &#8211; recenzja</title>
		<link>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/01/floating-market-recenzja/</link>
					<comments>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/01/floating-market-recenzja/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wiktor (Planszówki we dwoje)]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 15 Jan 2017 19:10:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[recenzje planszówek]]></category>
		<category><![CDATA[Eagle-Gryphon Games]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://planszowkiwedwoje.pl/2017/01/floating-market-recenzja/</guid>

					<description><![CDATA[Przenosimy się do odległej Tajlandii na słynny pływający targ! Cel jest jeden &#8211; zdobyć pięć rodzajów egzotycznych owoców, dzięki którym babcia będzie mogła przygotować pyszną sałatkę! Zabawa kręci się wokół kości, kości i jeszcze raz kości! Wiek: 13+ Liczba graczy:&#160;2-5 Czas gry: około 45 minut Wydawca: Eagle-Gryphon Games. Tematyka: Tajlandia, handel Główna mechanika: obstawianie, kości, umieszczanie robotników BGG: Floating Market Grę przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games. &#160; Wygląd i wykonanie: Wiktor: Floating Market ma swój specyficzny styl graficzny, który pewnie nie każdemu się spodoba. Plansza utrzymana jest w stonowanych, niebiesko-brązowych barwach, kolorami zaskakują natomiast kości oraz karty owoców. Całość prezentuje się spójnie i na pewno ciekawie. Grę wykonano bardzo porządnie. Mimo iż kart nie trzyma się w ręku, są one niezwykle grube i solidne. Zadbano także o ciekawe meeple (pionki) w kształcie ludzików z kapeluszami oraz fajny znacznik pierwszego gracza (pionek babci). Kości, jeden z głównych elementów Floating Marketu, są przyjemnie ciężkie i marmurkowe. Cieszę się, że nie zdecydowano się na te najtańsze i najzwyklejsze &#8211; przyjemniej rzuca się ładnymi, ciążącymi w dłoni. Niestety, w czasie produkcji wszystkie k4 otrzymały złe nadruki na jednej ze ścianek. Wydawca zadbał jednak, by naprawić błąd &#8211; w naszym egzemplarzu znalazły się już zarówno błędne, jak i właściwe kości, EGG dorzuciło też w woreczku, na wszelki wypadek, kolejny działający komplet. Miło, nie mam się do czego przyczepić. Floating Market może się podobać lub też nie, ale wykonany jest bez dwóch zdań solidnie. Kasia: Wykonanie gry jest bardzo porządne &#8211; hitem są niesamowicie twarde i grube, płótnowane karty. Jednak i reszta stoi na wysokim poziomie, a dodatkowo ładnie wygląda. Szczególnie grafika planszy oraz kolorowe kostki sprawiają, że obcowanie z grą jest przyjemne. Wydawnictwo Eagle-Gryphon Games przyzwyczaja nas też do swoich oryginalnych, praktycznych wyprasek z pokrywką &#8211; tu też mamy z taką do czynienia. Tak naprawdę jedynym mankamentem pływającego targu okazały się wadliwe kostki k4. Problem ten został jednak rozwiązany poprzez dodanie do egzemplarza nowych, prawidłowych. A jeśli mogłabym coś w grze zmienić to może zamieniłabym monety w postaci kart na żetony &#8211; bardziej do mnie przemawia takie rozwiązanie. Ocena Wiktora: 7/10 Ocena Kasi: 8/10 Zasady i instrukcja: Wiktor: Celem zabawy jest uzbieranie pięciu (lub siedmiu w wariancie dłuższym) różnych rodzajów owoców, które otrzymuje się z aktywowanych łodzi. Floating Market łączy więc mechanikę rozmieszczania robotników z rzutami kośćmi i obstawianiem pól. Każdy z graczy ma do dyspozycji trzy pionki, które kolejno rozstawia się na planszy lub wspomnianych łodziach. Dokładając pierwszego z nich należy też dorzucić do puli jedną ze swoich kości (zwiększające sumę oczek k4, k6, k10, k12 lub ujemną k6). Gdy wszyscy zajmą już swoje pozycje, pierwszy gracz rzuca wszystkimi kośćmi z puli, oblicza wynik i aktywowana zostaje wskazana łódka, której numer odpowiada liczbie oczek. Osoba mająca na niej swojego człowieka otrzymuje kartę owocu, sąsiadujący z łodzią po dwie monety, a reszta musi obejść się smakiem. Wszystkie użyte do rzutu kości graczy trafiają na jakiś czas poza grę. Pola na planszy służą głównie dorzucaniu do puli dodatkowych kości czy modyfikujących wynik żetonów, pozwalają też kupować owoce oraz, na przykład, odzyskiwać odrzucone z gry kości. To właściwie tyle. Zasady są proste. By móc zacząć zabawę wystarczy jedynie nauczyć się efektów kilkunastu pól, które oznaczono dość zrozumiałymi ikonkami. Pewne zawirowania wprowadzają jedynie dwa, które wymagają ogarnięcia kierunków, co czasami potrafi się mieszać. Do Floating Marketu można więc siąść nie władając angielskim czy z początkującymi &#8211; jeśli jedna osoba zna zasady, to nie będzie miała problemów z wytłumaczeniem ich innym. Warto jednak wspomnieć, że zasady zabawy dla dwóch i trzech osób lekko się różnią. W rozgrywce biorą udział wówczas dodatkowe kości, które za każdym razem trafiają do puli, a na rzece pojawiają się neutralni klienci zajmujący zawsze jakieś łódki. Kasia: Zasady Floating Marketu są łatwe do nauczenia, więc nie są graczom potrzebne żadne dodatkowe ułatwienia w postaci kart pomocy. Dostępne akcje są dość dobrze oznaczone na przypisanych im polach na planszy. Jedynie dwie z nich mogą budzić wątpliwości i zdarzało się nam je mylić, gdyż zastosowane symbole nie są do końca intuicyjne. Generalnie jednak dość szybko można rozpocząć rozgrywkę, nawet z niezbyt zaawansowanymi planszówkowiczami. Na pewno na plus działa tu fakt, że znajomość języka angielskiego potrzebna jest jedynie do zapoznania się z instrukcją. Ocena Wiktora: 7/10 Ocena Kasi: 7,5/10&#160; Ustawka ze znacznikiem pierwszego gracza w roli głównej 😉 Rozgrywka: Wiktor: Floating Market mimo sporego pudełka jest grą dość krótką. Zabawa na ogół zamyka się w podanym czasie rozgrywki, czyli 45 minutach. Zdarzały się nam też partie o wiele szybsze. Nic w tym dziwnego, w końcu w tytule od EGG pierwsze skrzypce gra losowość. Cała zabawa kręci się wokół obstawiania pól z łodziami i rzutów kośćmi. Na szczęście pojawia się możliwość manipulowania ich pulą &#8211; od dokładania kostek przy stawianiu pierwszego pionka, przez różne pola akcji, które pozwalają wpływać na wynik. W czasie partii przyjdzie więc podjąć kilka decyzji. Fajnym pomysłem było dorzucenie do mechaniki kości ujemnych, których oczka odejmuje się od wyniku rzutu całą pulą. Dzięki temu zawsze można próbować zatrzymać zapędy przeciwników dążących do jak najwyższych wyników. Trzeba jednak pamiętać, że Floating Market znajduje się bliżej imprezówek niż gier euro. Tury są dość szybkie i dynamiczne, chociaż ktoś z paraliżem decyzyjnym może trochę spowolnić zabawę. Do gry należy też podchodzić z odpowiednim nastawieniem, więc osoby pomstujące nawet na najmniejszy powiew losowości nie mają tutaj raczej czego szukać. Najchętniej do tej planszówki siadałem w gronie czteroosobowym, kiedy to w puli nie było już dodatkowych kości obecnych przy dwóch i trzech graczach, ani zapychających łodzie neutralnych pionków. Mimo to zabawa nieźle sprawdza się też we trójkę i piątkę. Oczywiście im mniejsza liczba graczy, tym krótszy czas partii. Pierwsze rundy gry na ogół trochę mnie nudziły, dopiero po zdobyciu jakichś owoców zaczynałem bardziej angażować się w to, co działo się na stole. Mimo sporej losowości wyniki końcowe bywały u nas na ogół w miarę wyrównane. Przegrana trzema owocami do pięciu nie bolała i nie irytowała. Cały klucz do sukcesu leżał w odpowiednim &#8222;oszacowaniu&#8221; możliwego zakresu oczek na kostkach i takim stawianiu meepli, by zgarnąć owoce lub chociaż kasę, którą w ramach akcji można było wymienić na upragnione karty. Do Floating Marketu siadałem z przyjemnością, jednak hazardowy typ zabawy okazał się nie do końca trafiać w mój gust. Wolę większą kontrolę nad zabawą, chociaż przy odpowiednim towarzystwie nie pogardzę też partyjką w ten tytuł. Kasia: Floating Market łączy kilka znanych mechanik, więc nie ma tu niczego szczególnie odkrywczego. Mam jednak wrażenie, że wykorzystany sposób obstawiania wyników nie jest czymś często spotykanym w planszówkach i dla wielu osób może być to nowe doświadczenie. Jednocześnie całość podano w przystępnej i stosunkowo lekkiej formie, a sama rozgrywka jest przyjemna i dynamiczna. Nie jest to planszówka, w której można wszystko przewidzieć. Nie można mówić o wielkiej głębi strategicznej. Warto tu natomiast polegać przede wszystkim na umiejętności szacowania prawdopodobieństwa i przewidywania wyników. To one są kluczem do sukcesu, sądzę więc, że Floating Market może się spodobać tym, którzy mają w sobie żyłkę hazardzisty, a jednocześnie nie obce są im zagadnienia statystyczne (choć raczej na poziomie podstawowym). Co ciekawe losowość, mimo że pełni tu istotną rolę, nie rujnuje pozytywnych wrażeń z rozgrywki. Wręcz je wzbudza, ponieważ każdy przy stole liczy, że kostki okażą się łaskawe właśnie dla niego. Istotny jest też fakt, iż większy sens ma obstawianie sumarycznego wyniku rzutu kilkoma kośćmi niż miałoby to w przypadku tylko jednej. Sądzę, że Floating Market dobrze działa niemal w całym spektrum liczby graczy. Ja najbardziej lubię grać w niego we czwórkę, ponieważ przy pięciu osobach przy stole trzeba nieco dłużej czekać na swoją kolej, a przy trzech trochę mniej się dzieje. Ocena Wiktora: 6/10 Ocena Kasi: 7/10 We dwoje zawsze korzysta się też z dwóch neutralnych fioletowych kości. Gra we dwoje: Wiktor: We dwoje, jak wspominałem wcześniej, lekko zmieniają się zasady gry. Na rzece jedno z pól jest niedostępne, w puli znajdują się dwie dodatkowe kości, a i z samej planszy znika kilka pól zarezerwowanych dla 3+ osób. Trzeba jednak przyznać, że rozwiązania te mają sens i nieźle symulują obecność dodatkowych graczy, nie są przy tym skomplikowane czy irytujące. Naturalnie wpisują się w rytm rundy, nie wymagając jakiejś specjalnej &#8222;obsługi&#8221;. Floating Market we dwoje jest jednak słabszy niż w większym gronie. To po prostu taki typ zabawy, przy którym większa liczba graczy oznacza więcej frajdy. Można więc siadać do niej tylko z jednym przeciwnikiem, tylko&#8230; po co? Jest przecież tyle ciekawszych tytułów dla par. Kasia: O ile przy większej grupie współgraczy Floating Market daje mi sporo frajdy, to partie dwuosobowe cieszą już nieco mniej. Pomimo, że rozgrywka jest szybsza, to mniej się w jej trakcie dzieje, mniejsza jest rywalizacja o najciekawsze pola, a co za tym idzie opadają nieco emocje towarzyszące grze. Ocena Wiktora: 4,5/10 Ocena Kasi: 6/10 Gra czteroosobowa. W puli także k12 oraz ujemna k6 z planszy (czyli 21 oczek &#8211; 2 = 19). Klimat i tematyka: Wiktor: Babcia miała dość marudzących i nieznośnych wnucząt, więc wysłała je na targ po owoce. Zrobi z nich pyszną sałatkę, która uspokoi na jakiś czas niewdzięczne dzieciaki. Tak z grubsza prezentuje się fabuła zabawy. Ani tajska tematyka, ani też warstwa klimatyczna Floating Marketu nie porywają. Na szczęście wydawnictwo zadbało o ciekawy wygląd tytułu, dzięki czemu trochę łatwiej można wczuć się w zakupy na pływającym targu. Ta gra ma jednak bawić, nie angażować swoim tematem i klimatem. Stąd tylko trójka, która jednak nie ma dla mnie zbyt dużego znaczenia. Kasia: Temat (zbieranie egzotycznych owoców na sałatkę) jest może troszkę nietypowy, ale trudno mieć do takiej tematyki jakieś zastrzeżenia &#8211; jest przyjemna, trochę rodzinna. Co do klimatu, to nie jest on mocno odczuwalny, choć nie mogę również powiedzieć, by gra była go pozbawiona. Sądzę, że to głównie emocje i duch rywalizacji tworzą tu klimat. Warto pamiętać, że jest to dość krótka gra, więc nie można się raczej spodziewać, że będzie tu czas na stworzenie atmosfery towarzyszącej bardziej zaawansowanym i dłuższym tytułom. Ocena Wiktora: 3/10 Ocena Kasi: 5/10&#160; Podsumowanie: Wiktor: Floating Market jest bardzo solidnie wykonaną grą, utrzymaną w nieco egzotycznej szacie graficznej. Przystępne zasady i znajomość angielskiego wymagana tylko podczas czytania instrukcji sprawiają, że może zawitać także na stoły osób na co dzień unikających planszówek w tym języku. Sama zabawa rozkręca się zawsze po kilku rundach, by pod koniec partii wzbudzać największe emocje. To według mnie trochę dłuższy filler, coś pomiędzy bardzo lekkim i losowym euro, a planszową imprezówką. Kasia: Floating Market to ładna, dobrze wykonana, a jednocześnie lekka i niezależna językowo pozycja dla miłośników kostek. Konieczność zarządzania ryzykiem nadaje jej hazardowego charakteru, a losowość nie psuje wrażeń z rozgrywki.&#160; Może nie ma tu zbyt dużo klimatu, ale gra jest na tyle szybka, że nawet nie zdążyłam tego zauważyć. Ocena: Wiktor: Floating Market nie jest do końca typem &#8222;mojej&#8221; planszówki, ale bawiłem się przy nim całkiem dobrze. Zdecydowanie preferowałem partie w większym gronie, z osobami, które potrafiły wczuć się tę lekką i losową zabawę. Świetnie sprawdza się jako przerywnik między dłuższymi i bardziej wymagającymi tytułami. Cieszy mnie, że gra nie posiada elementów zręcznościowych czy wymagających spostrzegawczości, gdyż nasi towarzysze planszówkowych bojów niezbyt chętnie siadają do tego typu imprezówek. Floating Market nie zachwyca i nie zaskakuje, ale jest przyjemną pozycją, którą można wyciągnąć podczas spotkań ze znajomymi czy nawet partii z młodszymi graczami. Kasia: Tym, co wyróżnia Floating Market są fajne kolorowe kostki, będące siłą napędową tej planszówki. To ciekawa pozycja, która może stanowić rozgrzewkę przed cięższymi tytułami lub być samodzielną propozycją na wieczór. Trochę słabiej sprawdza się tylko we dwójkę, ale chętnie wyciągnę ją w większym (idealnie czteroosobowym) gronie. Jak dla mnie to po prostu ładna, sympatyczna gra. Dla kogo? Dla: miłośników kostek i obstawiania; lubiących lżejsze gry; graczy rodzinnych; nie podchodzących do planszówek zbyt serio Plusy: bardzo dobre wykonanie proste zasady niezależność językowa&#160; niedługa, dynamiczna rozgrywka Minusy: mylące się czasami dwa pola na planszy mniej ciekawa we dwoje Grę do recenzji przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games. Dziękujemy!]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://planszowkiwedwoje.pl/2017/01/floating-market-recenzja/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wombat Rescue &#8211; recenzja</title>
		<link>https://planszowkiwedwoje.pl/2016/12/wombat-rescue-recenzja/</link>
					<comments>https://planszowkiwedwoje.pl/2016/12/wombat-rescue-recenzja/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Wiktor (Planszówki we dwoje)]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 20 Dec 2016 16:23:00 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[recenzje planszówek]]></category>
		<category><![CDATA[Eagle-Gryphon Games]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://planszowkiwedwoje.pl/2016/12/wombat-rescue-recenzja/</guid>

					<description><![CDATA[Wombat Rescue to planszówka o małych, uroczych torbaczach, które uciekając przed psem dingo zbytnio oddaliły się od swoich mam, przez co nie mogą znaleźć drogi do domu. Rolą graczy jest więc takie pokierowanie mamami, by przynieść potomstwo. Zadanie utrudnia fakt, że zwierzaki mają kiepski wzrok i kierować się muszą węchem. Sytuacji nie poprawia też kręcący się w okolicy dingo. Zaraz, zaraz&#8230; Przecież możecie nie znać wombatów. W takim wypadku na początku recenzji znajdziecie krótki filmik z jednym z tych zwierzaków. Wiek: 10+Liczba graczy: 1-4Czas gry: około 60 minutWydawca: Eagle-Gryphon GamesTematyka: wombaty, zwierzętaGłówna mechanika: ruch po siatce, podnieś i dostarcz, budowanie drogi/sieciDla: graczy rodzinnych; zaintrygowanych tematem bardziej doświadczonych planszówkowiczów; miłośników zwierząt i ładnych gier; fanów wombatówBGG: Wombat Rescue Grę przekazało nam wydawnictwo Eagle-Gryphon Games.  Wygląd i wykonanie: Wiktor: Podłużne pudełko Wombat Rescue zdobi ciekawa, kolorowa i zachęcająca grafika. Ilustracja dobrze oddaje lekką i familijną tematykę gry. Tematykę, w której dużą rolę odgrywają odchody wombatów&#8230; Mówi o tym już tył pudełka, zaznaczając, że w Wombat Rescue zwierzaki jedzą, trawią i wydalają po to, by tworzyć strefy zapachu umożliwiające im poruszanie się po planszy. Zawartość gry, jak i jej okładka, jest barwna i ładnie ilustrowana. Świetnie wyglądają pionki wombatów (mam i dzieci) oraz zadziornych psów dingo. W zestawie znajduje się też woreczek na żetony jedzenia i praktyczna wypraska. Wszystkie elementy gry są bardzo porządnie wykonane i sprawiają wrażenie wytrzymałych. Jestem pod ogromnym wrażeniem jakości wydania Wombat Rescue. Szkoda jedynie, że w sklepowej wersji nie ma dodatków z Kickstartera, na przykład naklejek na żetony pożywienia czy kamieni utrudniających ruch. Można je jednak dokupić osobno. Kasia: Oprawa wizualna Wombat Rescue jest dość oryginalna z powodu wykorzystania specyficznego stylu graficznego. Jej autorem jest polski twórca, co było dla mnie miłym odkryciem. Rysunek na okładce jest świetny i nadawałby się na plakat np. do dziecięcego pokoju. Także komponenty wewnątrz pudełka trzymają poziom. Kafle i karty są kolorowe i porządne, natomiast drewniane zwierzaki wyglądają bajkowo i stanowią pomost pomiędzy tradycyjnym meeplem a figurką. Jedyna ich wada, to że czasem tracą równowagę i lądują na pysku. Bardzo podobają mi się również planszetki graczy z rozrysowanym układem trawiennym wombatów. To niezwykły obrazek w grach planszowych i sądzę, że może mieć również walory edukacyjne. Ocena Wiktora: 9/10Ocena Kasi: 9/10 Zasady i instrukcja: Wiktor: Celem gry jest odnalezienie i przyniesienie do domu czterech wombatów. Osoba, która dokona tego jako pierwsza, wygrywa. Podstawową rzeczą, którą należy zrobić siadając do Wombat Rescue jest ułożenie planszy. Instrukcja sugeruje kilka sposobów, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by puścić wodze fantazji i wymyślić coś własnego. Najważniejszą rzeczą do zapamiętania w czasie gry jest działanie stref zapachu, tworzonych przez odchody. Standardowo obejmują obszar dwóch pól od kostki w kolorze danego gracza. Strefy łączą się ze sobą, dzięki czemu przy odpowiednim ustawieniu drewienek w jednym ruchu można przebyć całkiem pokaźną liczbę pól. A właśnie, jak powstają odchody? Poprzez zjadanie żetonów pożywienia, które po połknięciu przez wombata poruszają się przez jego układ trawienny, by w końcu pozwolić na postawienie klocka w swoim kolorze na planszy. W czasie zabawy każdy w swojej turze może wykonać swoją wombacią mamą do trzech ruchów: w strefie zapachu &#8211; porusza się w jednym kierunku wewnątrz strefy zapachu; specjalnych &#8211; może wejść na sąsiadujące pole zawierające znacznik jedzenia lub młodego wombata; wędrówki &#8211; gracz ciągnie kartę i porusza wombata na jedno z sąsiadujących, wskazanych na niej pól. Podczas swojej tury można korzystać też z żetonów pozwalających modyfikować ruch lub kontrolować procesy zachodzące w układzie trawiennym wombata. Zasady poruszania się mają pewne ograniczenia (np. po wejściu na żeton jedzenia należy się zatrzymać), jednak są proste do zapamiętania, podobnie jak i reszta reguł zabawy. Kluczem do ogarnięcia całości jest więc głównie zrozumienie stref zapachu. Wombat Rescue ma przystępne, intuicyjne zasady, które można zapamiętać już po jednej partii. Instrukcja (w języku angielskim) jest dobrze napisana i wyjaśnia wszystkie ważne elementy gry. Kasia: Gra (poza instrukcją) jest niezależna językowo, gdyż na jej elementach nie ma żadnych tekstów. Same zasady nie są również zbyt skomplikowane, właściwie wystarczy opanować reguły ruchu oraz akcje specjalne. Niewielki problem może stanowić chyba tylko zrozumienie jak działa strefa zapachu, choć po jakichś dwóch partiach powinno to już wejść w krew. Podoba mi się, że planszę budujemy do każdej gry inną, a dodatkowo mamy w tym zakresie bardzo dużą dowolność. Zdecydowanie urozmaica to zabawę, przedłuża żywotność gry i nie pozwala na wyuczenie się korzystnych ruchów. Ocena Wiktora: 8,5/10Ocena Kasi: 8/10  Rozgrywka: Wiktor: Początkowo myślałem, że Wombat Rescue to jedynie gra rodzinna. Przemawiały za tym ładne wykonanie, barwna szata graficzna i proste zasady. Zabawa podczas pierwszych partii była lekka i przyjemna. Oczekiwanie na własną turę nie ciągnęło się, a emocji dodawał poruszający się pod koniec tury jednego z graczy dingo, mogący złapać wombacią mamę i zmusić ją do ucieczki na pole startowe. Kilka razy Wombat Rescue pokazało jednak swoje inne oblicze. Siadając do gry w gronie doświadczonych planszówkowiczów lekka i przyjemna zabawa potrafi zmienić się w poważną rywalizację. Optymalizowanie ruchów, próby przeszkadzania przeciwnikom, poprzez stawianie na ich trasach własnych kostek (wymuszających zakończenie ruchu) lub przesuwanie ich wombata, potrafią dać w kość. Sprawiają też, że gra nabiera głębi i wchodzi na zupełnie inny poziom, niż podczas typowo familijnej zabawy. Bardzo fajnie, że zależnie od nastawiania osób przy stole można z Wombat Rescue wyciągnąć tak różne wrażenia z rozgrywki. Myślę, że tytuł nada się do gry z dziećmi, pozwalając im jednocześnie planować i dobrze się bawić. Opisywany tytuł nie jest zbyt losowy. Od szczęścia (lub pecha) zależą jedynie ruchy dingo, gnającego zawsze w stronę najbliższej mamy o 1-4 pola, a także karty wędrówki. W pierwszym przypadku można jednak grać tak, by unikać psa, a same wędrówki nie są raczej często wykorzystywane i nawet z kiepskim dociągiem można coś zdziałać. Ponadto losowość pozwalają kontrolować żetony graczy, dzięki którym można np. przenieść wombata do domu czy przyspieszyć trawienie. Odpowiednie ich wykorzystanie może naprawdę pomóc. W grze nie ma zbyt dużej interakcji negatywnej. Ta ogranicza się do przepychania innych mam oraz stawiania swoich kloców tak, by ewentualnie utrudnić trochę ruch przeciwnikom. Kluczem do sukcesu jest odpowiednie rozstawianie kostek i tworzenie stref zapachu, po których można się później poruszać. Pomaga przy tym zaplanowanie kolejności ratowania wombaciątek, no i zjadanie najbardziej pożywnych znaczników pokarmu, by co jakiś czas móc stawiać swoją kostkę na planszy. Instrukcja gry przewiduje też kilka dodatkowych urozmaiceń, jak np. trudniejszą zabawę z dwoma psami dingo lub usuwanie przez nie klocków generujących zapach. Wombat Rescue działa tak płynnie, jak ładnie wygląda. Zabawa jest dynamiczna, zmusza do kombinowania, a jednocześnie nie dłuży się. Premiuje trochę doświadczonych graczy, jednak wyniki (liczba przyniesionych do domu wombatów) na ogół były zbliżone. Chyba nigdy nie zdarzyło się, by ktoś przy planszy skończył zabawę tylko z jednym uratowanym wombatem. Kasia: Wombat Rescue można traktować jako dość lekką, rodzinną pozycję i za jej pomocą wciągnąć np. starsze dzieci w świat bardziej zaawansowanych gier. Nie jest to jednak jedyne oblicze wombatów. Jeśli siądą do niej planszówkowi wyjadacze, to obwody mogą im się porządnie zagrzać. Nie ma tu bowiem zbyt dużo losowości (najbardziej podlega jej ruch dingo, który jednak ma swój, z góry określony, zakres). Można więc podejść do gry bardzo analitycznie i strategicznie rozplanować każde posunięcie. Gra niełatwo wybacza też błędy popełnione na jej początkowych etapach. Dwie strony gry mogą sprawić, że zainteresuje ona szersze grono odbiorców, jednak dla mnie jest w tym pewien zgrzyt. Siadając do gry rodzinnej, chcę gry rodzinnej, a nie mózgożera, w którym bardziej ambitni zaczynają przeliczać wszystkie ruchy. Spada wtedy dynamika rozgrywki, wydłuża się oczekiwanie na własną turę oraz wzrasta presja by dorównać liderowi. W Wombat Rescue interakcji jest niedużo, choć nie można powiedzieć, by każdy grał wyłącznie na siebie. Trzeba zważać na przeciwników, a także na ruchy dingo (jeśli jest sterowany przez rywala). Czasem inni gracze potrafią trochę utrudnić nam dotarcie do celu, choć w ogólnym rozrachunku ważniejsze jest jak sami zdecydujemy się działać. Oczywiście na moją ocenę ma wpływ fakt, że nie jestem niestety najlepsza w grach wymagających przestrzennegoplanowania ruchów, tym bardziej, jeśli nie mam co liczyć na sprzyjającyłut szczęścia. Dlatego jeśli jesteście fanami tego typu rozgrywek, to rzućcie okiem raczej na punkty przyznane przez Wiktora. Ocena Wiktora: 8/10Ocena Kasi: 6/10 Gra we dwoje: Wiktor: Zasady zabawy w Wombat Rescue nie zmieniają się przy dwóch osobach. Rozgrywka ze względu na większy luz na planszy jest trochę szybsza i prostsza, jednak wciąż w porządku. Nabiera też bardziej wyścigowego charakteru, gdyż nie ma co liczyć na to, że inni spróbują powstrzymać lidera. Gra bardziej podoba mi się przy trzech lub czterech osobach, kiedy to przy planszy jest więcej rywalizacji i tym samym kombinowania. Wydaje mi się jednak, że z młodszymi graczami wariant dwuosobowy sprawdzi się bardzo dobrze. Kasia: Gra we dwoje może być z jednej strony przyjemniejsza, bo krócej czekamy na swoją kolej. Ale w związku z tym, że mocno opiera się na strategicznym myśleniu to może sprawiać mniej frajdy duetom, w których jedna strona przoduje w roli stratega. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli zaproponowano by mi partyjkę w Wombat Rescue to wolałabym jednak siąść do niej w większym gronie. Na planszy jest wtedy większa rywalizacja, a nawet będąc na szarym końcu można poobserwować ciekawą walkę liderów. Ocena Wiktora: 6,5/10Ocena Kasi: 5/10   Klimat i tematyka: Wiktor: Ciekawa sprawa. Czy gra skupiająca się w dużej mierze na odchodach może być przyjemna tematycznie? Tak! Jeśli tylko całość zostanie podana tak uroczo, jak w Wombat Rescue. Autorowi gry udało się zrobić to na tyle zgrabnie i nienachalnie, że temat raczej intryguje i ciekawi, a nie gorszy. Pomaga w tym też cała ta przyrodnicza otoczka, wraz ze wstępem w instrukcji, który krótko wyjaśnia, że wombaty mają słaby wzrok i korzystają z odchodów do nawigacji. Całość ma też walory edukacyjne, nie tylko dla młodszych graczy. Sam dzięki Wombat Rescue zajrzałem do Internetu i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy o tych torbaczach. Jak wypada klimat w grze? Muszę przyznać, że jak na familijny tytuł o zwierzakach, jest całkiem fajnie. Pomagają w tym świetne pionki, a i mechanika jest dobrze dopasowana do tematu gry. Ciekawie rozwiązano system kart mający odzwierciedlać ruchy zagubionych, wędrujących wombatów, jak i same strefy zapachu generowanego przez klocki graczy. Kasia: Wombaty to przemiłe i niezwykle urocze zwierzęta. Jednak wykorzystanie ich zwyczajów związanych z nawigowaniem po zapachu odchodów, jako tematu na grę planszową, wydaje się pomysłem co najmniej niecodziennym. Przyznam, że przy pierwszym podejściu zareagowałam na to zdziwieniem i może nawet delikatnym zniesmaczeniem. Po poznaniu zasad i rozpoczęciu rozgrywki okazało się, że nie taki wombat straszny, a mniej lub bardziej delikatne (zależnie od towarzystwa) żarty o stawianiu klocków zaczęły pojawiać się podczas partii mimochodem. Możecie więc rozważyć czy lubicie tego typu humor. Gra jest całkiem dobrze zakorzeniona w obranym temacie i jestem pewna, że w jej trakcie dowiecie się więcej o wombatach niż moglibyście się spodziewać po grze planszowej. Może nawet trochę więcej niż chcielibyście wiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że przemyca ona w bardzo przystępny sposób także wartości edukacyjne. Ocena Wiktora: 7/10Ocena Kasi: 7/10  Podsumowanie: Wiktor: Wombat Rescue jest bardzo ładną i świetnie wykonaną grą. Łączy proste i intuicyjne zasady z ciekawą, niekiedy wymagającą rozgrywką. Podoba mi się, że zależnie od nastawiania osób przy stole może to być lekka planszówka familijna, jak i tytuł skupiający się na optymalizacji ruchów. Niewielka dawka losowości oraz interakcji wychodzi mu na dobre, dzięki czemu prawie cały czas kontrola nad ruchami wombatów jest w rękach graczy. Nietypowy temat bardzo sensownie oddano w mechanice, a stanowiące ważny element gry odchody wpleciono do niej w naturalny i nienarzucający się sposób. Kasia: Wombat Rescue przyciąga wyjątkową grafiką oraz niezwykłym tematem. Ma jednak do zaoferowania także znacznie więcej, ponieważ strona mechaniczna jest nie mniej dopracowana. Nie znajdziecie tu zbyt dużo losowości, więc trzeba liczyć na własne szare komórki. Gra ma za to dużą regrywalność, więc jeśli przypadnie Wam do gustu, to powinna zagościć w kolekcji na dłużej. Ocena: Wiktor: Wombat Rescue to świetna pozycja dla graczy rodzinnych, która nie zanudzi też doświadczonych planszówkowiczów. Tytuł okazał się dla mnie dużym zaskoczeniem. Mam szczerą nadzieję, że któryś z polskich wydawców zdecyduje się na rodzimą edycję, gdyż gra zasługuje na to, by trafić pod strzechy. Ładna, z nieskomplikowanymi zasadami, ale dająca sporo frajdy. No i z oryginalnym tematem! Mimo...]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://planszowkiwedwoje.pl/2016/12/wombat-rescue-recenzja/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
