recenzje planszówek

Boonlake – recenzja

Wiek: 14+
Liczba graczy: 1-4
Czas gry: 80-160 minut
Wydawca: Lacerta
Tematyka: osadnictwo
Główna mechanika: podążanie za akcją; zagrywanie kart
Dla: zaawansowanych; miłośników gier A. Pfistera
Przypomina nam: Projekt Gaja;
BGG: Boonlake
Instrukcja: Boonlake

Grę przekazało nam wydawnictwo Lacerta.

Boonlake widok planszy w czasie gry
Boonlake to na pewno barwne euro, nie ma mowy o szarości. Jednocześnie wszystko jest czytelne w trakcie partii.

Opinia:

Wiktor:

Mówcie co chcecie, ale dla mnie ilustracje Klemensa Franza mają swój urok, szczególnie, gdy nie rysuje on postaci. Boonlake wygląda bardzo zachęcająco, barwnie i po prostu ładnie. Zawartość pudełka jest bogata: mamy tutaj meeple (w tym krowy!), karty, żetony, dużą planszę, planszetki graczy. Trochę pod tym kątem przypomina mi to duże gry Uwego Rosenberga.

Czy kojarzycie takie dwuwarstwowe planszetki, w których zagłębienia można wkładać elementy? Tutaj rozwiązano to w bardzo sprytny sposób – planszetki panczuje się, składa razem (jak planszę) i skleja na rogach (w pudełku były przygotowane kawałki taśmy – sam proces był szybki i nieskomplikowany). Voilà, mamy fajne planszetki.

Kilka słów poświęcę też ikonom występującym w grze, bo te są przemyślane i dość intuicyjne. Większość jest od razu jasna, jedynie w przypadku dźwigni trzeba czasami zajrzeć do instrukcji. Podstawowe oznaczenia są jednak łatwe do zapamiętania.

Rozgrywka jest na tyle złożona (poziom trudności zasad określę na umiarkowany), że nie będę przytaczał skrótu reguł, zaznaczę tylko główne punkty.

  • gra ma dwie rundy, w trakcie których wykonuje się trzy punktowania cząstkowe (i czwarte, bezpośrednio przed finalnym); rundy są tutaj wg mnie bardzo umowne, ważniejsze są te punktowania;
  • mimo dwóch rund jest tutaj sporo gry, bo liczba tur w jednej rundzie zależna jest od tego, jak szybko gracze płyną po rzece;
  • po wybraniu i wykonaniu jednej z akcji trzeba poruszyć się łódką o 1-4 pola (zbierając przy okazji bonus, na którym się skończy) – dopłynięcie do tamy odpala punktowanie cząstkowe, więc liczba ruchów zależy od najszybszego gracza;
  • po wyborze akcji gracz aktywny wykonuje tę z lewej strony kafelka, następnie wszyscy (włącznie z nim) mogą wykonać akcję z prawej strony kafelka;
  • w ramach akcji można:
    • zagrywać karty przynoszące różne bonusy (natychmiastowe, stałe, dodatkowe sposoby punktowania na koniec),
    • rozwijać planszę poprzez dokładanie kafelków i zdobywać bonusy z pól, na które je położono,
    • wystawiać na planszę meeple, zmieniać je w domy, a domy w miasta,
    • wystawiać krowy,
    • zdobywać pieniądze za elementy na planszy;
    • kupować dźwignie pozwalające aktywować bonusy na planszy gracza.

Podczas punktacji końcowych zdobywa się punkty za wystawione elementy, oba tory, zyskuje się również zasoby. Na koniec partii punktują jeszcze dźwignie (aktywowane w trakcie partii bonusy) oraz zagrane karty (ich umiejętności i same karty).

Po lewej stronie widoczny jest koszt karty, po środku jej efekt. Np. karta po prawej obniża koszt zakupu dźwigni o 2 monety.

Na początku pierwszych partii ogarniało mnie pewne zmieszanie – nie widziałem co robić, od czego zacząć, po co to wszystko. W trakcie zabawy jednak dość szybko łapałem odpowiedni rytm. Boonlake daje sporo swobody, nie ma też wg mnie jednej, jasno określonej ścieżki do zwycięstwa. Punkty zdobywa się na różne sposoby, chociaż – o czym rozmawiałem w komentarzach na fanpage’u pod zdjęciami gry – wydaje się, że dźwignie są mechaniką, której nie warto pomijać. Zapewniają one nie tylko użyteczne umiejętności, ale też punkty. O ich wadze świadczy też to, że sporo kart zapewnia zniżki do ich zakupu.

W Boonlake’u nie czułem praktycznie krótkiej kołderki, jeśli chodzi o akcje. Zasobów początkowo brakowało, nie mogłem robić wszystkiego, co bym chciał, ale nigdy nie miałem wrażenia, że moje akcje są ograniczone. Zdarzało się, że partia kończyła się nieco szybciej, niżbym sobie tego życzył, ale nie było to też czymś nagłym – widać, jak szybko po rzece poruszają się inni i kto może dążyć do jak najszybszego zakończenia zabawy.

Wpływ na poczucie, że Boonlake pozwala na wiele ma też charakter gry, w której ciągle działamy, tury graczy następują po sobie, nie czuć przestojów, mimo że często ktoś z nas trochę zamulał. Bardzo dobrze sprawdza się mechanizm naśladowania akcji, bo angażuje cały czas uwagę, nie pozwala na wyłączenie się na kilka minut, gdy grają inni. Wpływ na liczbę dodatkowych akcji ma oczywiście liczba graczy, im ich więcej, tym dłużej trwa partia i więcej można zrobić.

Dziwny wydaje mi się natomiast system zdobywania punktów w każdej cząstkowej punktacji. Mamy cztery żetony o wartościach 1-4, których używamy do oznaczania wypełnionych (lub nie) celów w 1-4 rundach. Maksymalnie, w ostatniej rundzie, można zdobyć 4 punkty (8 jeśli staniemy na „nasze” pole pod celem, który wybraliśmy na początku partii), co wydaje się wartością śmiesznie małą przy końcowej punktacji, która u nas nieraz oscylowała w okolicach 200 punktów. Przez to cele nie wyznaczają w znaczący sposób kierunku rozgrywki, poza tym dość łatwo je spełnić. Nawet w przypadku straty punktów, ta nie jest zbyt bolesna. To właściwie mój największy zarzut wobec Boonlake’a i zgrzyt z mechaniką. W ogólnym rozrachunku nie ma jednak praktycznie żadnego przełożenia na moje wrażenia z zabawy.

Po lewej miejsce, z którego dokłada się na planszę ludzi, domki i krowy, po prawej miejsce na dźwignie z różnymi bonusami.

Dużą zaletą gry jest jej regrywalność. Boonlake zawiera sporo kart, na planszy i planszetkach jest dużo różnych bonusów, układ kafelków na planszy zależy od graczy i przygotowania partii – to wszystko sprawia, że partie nie są identyczne, a sam tytuł nie nudzi się po kilku.

Interakcja sprowadza się głównie do planszy, na której wystawiamy najpierw kafelki, a później na nich meeple. Kafelki mają po 1-2 działki, czyli pola, na których można się rozstawić. Dają one różne bonusy, czasami też wymagają opłacenia kosztu, by dostać coś wartościowego. Początkowo wykorzystywaliśmy je jako źródło darmowych ludzi i złota, później zaczęliśmy zwracać uwagę na to co i gdzie stoi, bo wiązało się to z punktacją. Ogólnie mówiąc warto stawiać krowy koło domków, które później zmienią się w miasta. Za domki krowa przynosi kasę, a za miasta punkty.

Oczywiście Boonlake nie jest wredną, nastawioną na walkę grą, na planszy można sobie poprzeszkadzać, ale raczej ma to formę wyścigu o lepsze miejsca i tańsze wystawianie znaczników. Lekka interakcja pojawia się też przy wyborze kafelka z akcjami, bo pozwala on na wykonanie ruchu przeciwnikom. Nie można całkowicie zignorować obecności innych graczy, ale nadal najważniejszym jest to, co robi się samemu. Poza tym właściwie wszystko, co ważne, rozgrywa się na głównej planszy, więc wystarczy rzut oka, by móc ocenić sytuację i – mniej więcej – ile zostało do końca gry.

Na pustych polach widać bonusy za położenie kafelka, na kafelkach nagrody (albo koszty) za wystawienie tam elementów.

Boonlake ma ciekawy system surowców. Otóż produkcję oznacza się na planszetce (od 0 do 2), a zwiększają ją łodzie, które przesuwa się pod fabrykami. W ten sposób można mieć maksymalnie 4 poziom danego towaru (+2 z ulepszenia fabryki, +2 za łodzie). Materiałów nie wydaje się, karty wymagają jedynie odpowiedniej produkcji. Poza tym płaci się też pieniędzmi (działającymi standardowo, czyli wydawanymi), wazami (za niektóre karty) i ludźmi (za wystawianie elementów na planszę). Sprawia to, że ważnym elementem zabawy jest zarządzanie swoimi zapasami. Na szczęście gra daje sporo możliwości zdobywania pieniędzy. Nieco gorzej jest z produkcją, więc – szczególnie w pierwszych partiach – warto zwrócić na to szczególną uwagę.

Boonlake ma zmienny czas partii, bo liczbę ruchów reguluje poruszanie się graczy po torze rzeki – można płynąć po 4 pola, można też po 1. Tak z grubsza, we 3-4 osoby zabawa trwała około 2-3 godzin, w zależności od przebiegu partii. Uciekającego czasu jednak w ogóle nie czuć. Tytuł angażuje w pełni, nie pozwala na dłuższe przerwy, bo ciągle jest się „w grze”.

Kasia:

Pudełko Boonlake’a jest po same brzegi wypełnione wszelkim dobrem. Podobają mi się drewienka w różnych kształtach, fajne są planszetki ze żłobieniami na komponenty – zrobione w „budżetowy”, ale sprytny i skuteczny sposób (jak zwykłe wypraski z żetonami). Komponenty są barwne, dzięki czemu podczas gry wszystko jest czytelne. Bardzo dużo jest kart, które w trakcie partii dość intensywnie wykorzystujemy, nie od rzeczy byłoby więc ich zakoszulkowanie, jeśli gra ma posłużyć dłużej. Oprawa graficzna Boonlake’a jest całkiem całkiem, choć grafiki na kartach mają w sobie coś dziwnego, taką lekką komiksowość.

Już na pierwszy rzut oka można się zorientować, że Boonlake to nie jest jakaś prosta gierka. Sporo jest rozmaitych ikonek na planszy i innych komponentach. Potrzeba dłuższej chwili, by to wszystko ogarnąć, ale w praktyce okazuje się, że gra jest całkiem intuicyjna, więc w gronie doświadczonych planszówkowiczów dość szybko zabawa staje się płynna.

Nowa gra Alexandra Pfistera łączy mechaniki, które gdzieś już się pojawiały, ale jednocześnie jest całkiem świeża i nie robi wrażenia wtórnej. Wszystko przeplata się w sensowny i spójny sposób. Podoba mi się na przykład, że możemy zagrywać karty, by korzystać z ich efektów, ale niejednokrotnie mamy też możliwość sprzedawania ich lub opłacania nimi kosztów. Najczęściej więc nie warto ich kisić na ręku, tylko pozwolić im swobodnie przepływać. Aczkolwiek rozsądne zarządzanie kartami samo w sobie jest pewnym wyzwaniem. Jeszcze większym wyzwaniem jest misja oczyszczania swojej planszetki, czyli wystawiania drewienek na planszę (ten element mocno przypomina Projekt Gaję lub Terrę Mysticę). Jest to sprawa dość kosztowna (szczególnie ulepszanie), ale w ostatecznym rozrachunku opłacalna, więc nie warto tego zaniedbywać.

Istotnym elementem, na którym również warto się skupić podczas zabawy są dwa tory generujące przychód oraz zarządzanie naszymi meeplami. Bez przychodu w postaci monet, kart, punktów i dodatkowych bonusów może być ciężko, a ludki są kluczowe do wykonania wielu akcji. Biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach warto pamiętać w trakcie rozgrywek, mogę powiedzieć, że w Boolake mamy spore pole do kombinowania, a chociażby zmieniający się pomiędzy partiami układ planszy (odkrywane kafle) sprawia, że każda partia wygląda nieco inaczej, bo różne miejsca będą nas bardziej lub mniej kusiły. Warto też potestować różne strategie – pójść na całość jeśli chodzi o dźwignie, oczyścić planszetkę lub zaszaleć z kartami.

Na dole widoczne kafelki z celami (na czarnym tle) i projektami do wybudowania (na białym). Te drugie są bardzo opłacalne.

Ciekawym rozwiązaniem jest to, że długość rozgrywki zależy w dużej mierze od graczy i podejmowanych przez nich wyborów – jeśli ktoś przyjmie sobie, że będzie pędził po rzece, to raczej nie da się go skutecznie powstrzymać i trzeba się przygotować na krótszą zabawę. Biorąc pod uwagę pewną losowość pojawiającą się w trakcie partii (karty, kafle…), zabawa wymaga ciągłego dostosowywania się do warunków, korygowania planów. Założenie sobie jednego planu i realizowanie go bez względu na okoliczności, może okazać się nie najlepszym rozwiązaniem. Lubię takie gry, w których promowane jest plastyczne podejście, a nie jedna, wyuczona strategia.

Jak na grę euro całkiem sporo jest w Boonlake’u interakcji pomiędzy graczami. Nie tylko mamy podążanie za akcją (i sam wybór akcji) czy rywalizację na rzece, ale także konkurujemy ze sobą na planszy, zajmując dobre pola i sąsiadując (co daje dodatkowe profity). Warto więc śledzić, przynajmniej z grubsza, co robią rywale, by móc odpowiednio modyfikować własne plany i być przygotowanym na to, jakie opcje mogą się pojawić. Co ważne, nawet grając w liczniejszym składzie oczekiwanie na swoją kolej nie dłuży się tak bardzo, właśnie dzięki mechanice podążania – w zasadzie w każdej kolejce mamy możliwość zrobienia czegoś sensownego.

Jeśli miałabym wskazać rzecz, która budzi we mnie mieszane uczucia to byłoby to punktowanie za wybierane na starcie gry cele. Na początku wydają się one dość istotne, niejednokrotnie skupiałam się w trakcie partii na ich realizacji, ale wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku dają one nieco zbyt mało punktów, by były warte większego zachodu.

Temat w Boonlake’u nie ma większego znaczenia, a niektóre akcje nie wydają się mieć większego sensu fabularnego, jednak jest to taki typ gry, w której wskazane jest przymknięcie oczu na kwestię klimatu i skupienie się raczej na rozgrywce ;).

Ocena Wiktora: 9/10
Ocena Kasi: 8,5/10

Zielony gracz minął tamę pierwszego punktowania cząstkowego i pędzi dalej.

Gra we dwoje:

Wiktor:

Partie we dwoje są zdecydowanie krótsze, udało mi się pamiętać i zmierzyć czas jednej: 76 minut. Dużo tutaj zależy jednak od samych graczy, ale nasze zamykały się poniżej dwóch godzin. W końcu oprócz swoich, powtarzamy akcje tylko po jednej osobie. W związku z tym trzeba dostosować swoją strategię i sposób gry do tego, na co pozwala przeciwnik, szczególnie jeśli preferuje się powolną, długą rozgrywkę, a rywal gna po rzece, aby jak najszybciej ją zakończyć.

W tym trybie na planszy jest zdecydowanie luźniej, niż w większym gronie, a partia rozpoczyna się z mniejszą liczbą wyłożonych kafelków. Łatwiej więc zajmować upatrzone pastwiska, zgarniać potrzebne bonusy. Jednocześnie nie czułem, by plansza była zbyt pusta. Z jednej strony było trudniej, bo siłą rzeczy mniejsza liczba elementów skupiała się na mniejszej liczbie kafelków, z drugiej łatwiej można było zaplanować układ swoich domków i miast.

Grając z Kasią bawiłem się bardzo dobrze. W większym gronie podobało mi się bardziej jedynie to, że mogłem więcej zrobić, bo lubię w takich tytułach rozbudowywanie wszystkiego w spokojnym, żółwim tempie, a Kasia zawsze w Boonlake’u goniła ku końcowi.

Kasia:

We dwoje Boonlake wypada w zasadzie nie gorzej niż w większym gronie. Cała rozgrywka trwa siłą rzeczy nieco krócej, ale nie czuć, by czegokolwiek jej brakowało. Nie ma żadnego wirtualnego gracza, więc można spokojnie skupić się na graniu. Także przygotowanie tylko nieznacznie różni się w zależności od liczby graczy, nie ma więc z tym problemu. Wiadomo, że mniejsza konkurencja może powodować odczucie, że mniej się dzieje przy stole. Rozgrywka jest więc odrobinę spokojniejsza, ale nadal bardzo przyjemna i warta rozegrania.

Ocena Wiktora: 8/10
Ocena Kasi: 8/10

Produkcja, a pod nią zwiększające ją jeszcze łodzie. Gracz w takim układzie ma dostęp do 2 poziomu produkcji każdego zasobu.

Ocena:

Wiktor:

Boonlake wzbudził we mnie podobne odczucia do tych, które mam obcując z dużymi grami Rosenberga. Bawiłem się świetnie, doceniam swobodę, którą graczowi pozostawił Pfister, uwielbiam regrywalność i mnogość kart. Początkowo czułem się nieco przytłoczony, ale szybko załapałem o co chodzi i mogłem testować różne strategie i rozwiązania. Boonlake to świetna gra dla zaawansowanych fanów euro, do tego do dostania już od około 160 zł, co jest bardzo fajną ceną. Polecam gorąco!

Kasia:

Oprawę graficzną i temat określiłabym jako neutralne, ale ważne że jest solidnie i czytelnie. Każda partia w Boonlake sprawiała mi natomiast frajdę, nawet jeśli nie udawało się osiągnąć najlepszego wyniku. Samo rozszerzanie swoich włości, tworzenie pomocniczego silniczka z kart i dźwigni – jest to bardzo angażujące i satysfakcjonujące. Do tego dodająca pazura interakcja i bardzo sensowna regrywalność oraz skalowanie. Trudno się do czegoś przyczepić, pan Pfister po raz kolejny pokazał klasę!

Cechy:

  • neutralna tematyka
  • pewna interakcja między graczami
  • łączy różne mechaniki
  • dość otwarta rozgrywka

Plusy:

  • bardzo dużo komponentów
  • intuicyjne zasady
  • angażująca rozgrywka
  • duża regrywalność
  • dobrze działa w każdym składzie

Minusy:

  • dziwnie niska wartość punktowa żetonów celów

Grę przekazało nam wydawnictwo:

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.