relacje

ALEgramy 2025 – relacja

Weekend 15-16 listopada spędziliśmy na największej imprezie planszówkowej tego roku w północnej Polsce, jaką był Festiwal ALEgramy 2025, na którą dzięki uprzejmości organizatora dostaliśmy wejściówki.

Na wydarzeniu spędziliśmy wraz z dwójką znajomych każdego dnia ok. 6 godzin, udało się nam więc połazić, pooglądać, ale i pograć. Zanim przejdę do krótkiego opisu tytułów, które poznaliśmy na ALEgramy, to w zwięzłej formie wrzucę kilka spostrzeżeń.

Wydaje nam się, że w sobotę było zauważalnie więcej ludzi niż w zeszłym roku. Zajęte stoliki na stoiskach wydawców i w gralni to standard, ale już prawie od samego początku między stoiskami poruszały się tłumy. Niedziela była luźniejsza, ale nadal rano kolejka do wyprzedaży Rebela była długa, a wszelkie stoliki pozajmowane. Finalnie na imprezie pojawiło się 7865 osób, bijąc zeszłoroczny rekord frekwencji!

Atmosfera była planszówkowa i przyjemna, ale to chyba już standard. W gralni usiedliśmy tylko na chwilę, żeby zagrać partyjkę w jakąś krótką grę w oczekiwaniu na umówioną na konkretną godzinę partyjkę w Skalvenię.

Z minusów, na które uwagę zwracano też w wątku na forum o grach planszowych, muszę wspomnieć o stolikach zarezerwowanych w gralni dla klubów. Gdy przechodziliśmy w pobliżu stały zupełnie puste, a inni uczestnicy kręcili się nie mogąc znaleźć miejsca. Gralnia, mimo że bardzo duża, mogłaby być i tak większa. Gdzieniegdzie też migały mi puste stoliki z rozwieszonymi na krzesłach kurtkami, chyba planszówkowy odpowiednik ręczników na leżakach czy parawanów stawianych o 6 rano 😉

No i kolejnym minusem jest konieczność czekania na następną edycję do jesieni 2026. ALEgramy to świetna impreza, więc jeśli tylko macie możliwość – polecamy!

W co graliśmy?

Unmatched Adventures Teenage Mutant NinjaTurtles – Ogry Games

Wiktor:

Na stoisku wydawnictwa Ogry Games zagraliśmy w dwa skrajnie różne tytuły. Nasz wzrok, okładkami pudełek i figurkami, przyciągnęły Żółwie Ninja czyli Unmatched Adventures Teenage Mutant NinjaTurtles w wersji kooperacyjnej. Po sprawnym wytłumaczeniu zasad przez młodego Ogra (nie pamiętam imienia, przepraszam!) rozegraliśmy kilka rund, żeby zobaczyć z czym to się je. Nie jest to nasz typ gry, nie ma co ukrywać. Mechanicznie było okej, udało nam się nawet zabić jednego z pomocników Shreddera, ale rozgrywka nas nie porwała. Natomiast figurki bym malował! 

W swojej turze wykonujemy dwie akcje, ale w skrócie zabawa sprowadza się do poruszania i atakowania przeciwników. Mechanika walki polega na porównaniu siły kart gracza i przeciwnika oraz wprowadzeniu efektów. Nie ma tutaj raczej zbędnych komplikacji, ale rozumiem wydanie polskiej wersji, bo na niektórych kartach jest trochę tekstu i zdolności mogą – szczególnie dla młodszych graczy – nie być takie łatwe do zrozumienia. Gra oferuje możliwość gry w kooperacji, jak i jeden na jednego, jak nam powiedziano.

Kasia:

Wojownicze Żółwie Ninja w wersji Unmatched wydają się nietrudne i dość przyjemne, choć faktycznie targetem raczej tutaj nie jestem. Myślę, że gra fajnie mogłaby się sprawdzić wśród młodszych nastolatków (pudełkowo jest to tytuł 9+). Widać, że to przemyślana planszówka – zarówno wizualnie zachęca, jak i mechanicznie nie jest przekombinowana, a nawet tematycznie wydaje się całkiem sensowna, żółwie oraz przeciwnicy mają różne zdolności, które odzwierciedlają ich charakter.

Shallow Sea – Ogry Games

Wiktor:

Drugim chronologicznie, ale pierwszym pod kątem zainteresowania, tytułem na stoisku Ogrów był Shallow Sea. Gra sprawiała wrażenie tytułu w naszym stylu, więc chcieliśmy ją sprawdzić. Usiedliśmy przy pustym akurat stoliku i… okazało się, że na partie są zapisy godzinowe. Na szczęście nie wygoniono nas i w określonym czasie zdążyliśmy rozegrać partyjkę, kończąc równo o wyznaczonej godzinie.

Shallow Sea ma dość proste zasady, chociaż podczas partyjki zajrzeliśmy kilka razy do instrukcji. Nic też w tym dziwnego, bo robiliśmy to głównie po to, aby sprawdzić działanie kafelków. W grze dobierając kafelki raf koralowych, zwierząt morskich i znaczniki ryb, uzupełniamy naszą planszę morza, dokładając je tak, aby realizować cele i zdobywać punkty. Pierwsze wrażenie z rozgrywki było bardzo pozotywne. To typ planszówki, którą faktycznie lubimy, a w tytuł moglibyśmy zagrać z grającymi znajomymi (jak na ALEgramy), jak i chyba nawet z moją mamą. Moim skojarzeniem od razy był Reef, gra w podwodnym klimacie, w której też należy dokładać odpowiednio elementy. Shallow Sea jest jednak bardziej złożonym tytułem,w którym niektórzy przy stole łapali nawet chwilę zamuły, żeby jak najlepiej dołożyć elementy. Cieszę się, że zagraliśmy, bo to fajna planszówka!

Kasia:

Shallow Sea wygląda estetycznie i zachęcająco, a rozgrywka kojarzy się z innymi planszówkami, w których tworzymy na swoim polu gry różnego rodzaju kombinacje sąsiadujących elementów, by realizować cele i zdobywać punkty. Wydaje mi się, że najbliżej jej charakterem do gry Doniczki. Zasady nie są skomplikowane, ale sporo jest tu symboli, na które potrzeba chwili, by je wszystkie ogarnąć. Poza tym to taki sympatyczny pasjansik, który rozegraliśmy w nieco zbyt dużym pośpiechu. Jest tu sporo kombinowania i warto dać sobie trochę czasu na spokojne przemyślenie opcji.

Ulotne Motyle i puzzle – G3

Wiktor:

Stoisko G3 podzielone było na dwie części – grową i puzzlową. Mimo że mam jeszcze niezłożone puzzle zakupione na Festiwalu w zeszłym roku, to i w tym planowałem dorzucić coś do kolekcji. Przeglądałem pudełka kilka razy w ciągu imprezy, aż w końcu zauważyłem puzzle z Benjaminem Blumchenem, radosnym słoniem, którego uwielbiałem w dzieciństwie. Będzie układanie! Od zeszłego roku z ALEgramy wracam z puzzlami, bo mają naprawdę fajne ceny, a i można pomacać pudełko przed zakupem.

Po drugiej stronie stoiska z puzzlami nasz wzrok przyciągnęła prosta, ale schludna plansza z półprzezroczystymi motylkami. Okazało się, że są to Ulotne Motyle autorstwa Reinera Knizii. Zagraliśmy, spodobało się i do domu wracaliśmy już z egzemplarzem do recenzji. W grze układa się ścieżki, po których poruszają się tytułowe motyle, a zadaniem graczy jest doprowadzenie ich do krawędzi oznaczonych naszymi znacznikami. Bardzo proste, dynamiczne i przyjemne po pierwszej partyjce.

Kasia:

Ulotne motyle od razu przyciągnęły mój wzrok. Lubię gry proste i eleganckie, a tutaj rysunki na planszy i zasłonkach kojarzą mi się ze starymi grafikami botanicznymi. Do tego gra ma banalnie prostą mechanikę, zaś rozgrywka płynie sobie luźno, choć jest tu też miejsce na odrobinę kombinacji i negatywnej interakcji.

Rezerwat – Portal

Wiktor:

W niedzielę z samego rana zjawiliśmy się przy stoisku Portalu, żeby zagrać w Rezerwat. Zapał nagle opadł, gdy okazało się, że gra rozłożona jest przy obu stolikach na trzech graczy, a byliśmy na ALEgramy we czworo… Na szczęście przy stoliku obok było wolne miejsce, więc nie czekając dołączyłem do rozgrywki. Znajac Ark Novę, w której jednak nie przekonał mnie system punktacji, dość szybko odnalazłem się w zasadach Rezerwatu. Tytuły mają zbliżony przebieg oraz odczucia z zabawy, więc Rezerwat stanowi właściwie wersję light większej planszówki.

Cała trzyosobowa partia, grana nieco szybciej, niż grałbym normalnie, zajęła nam trochę ponad godzinę. Znów, tytuł dość w naszym stylu, z prostymi zasadami, ale zależnościami wynikającymi z dokładanych kafli zwierząt, budynków i projektów. Mimo uproszczeń względem Ark Novy to jednak gra skierowana do nieco bardziej doświadczonych planszówkowiczów, początkującym bym jej nie polecał.

Kasia:

W Ark Novie podobało mi się budowanie zoo, system akcji, zaś kompletnie nie przypadł mi do gustu system punktowania. No a skoro Rezerwat zachował dwa pierwsze elementy i pozbył się trzeciego, to automatycznie spodobał mi się bardziej od swego „pierwowzoru”. Powiedziałabym, że mechanicznie Rezerwat to gra nieco podobna do Shallow Sea – czyli też dobieramy kafelki i tworzymy swoje poletko, punktując za różnego rodzaju zależności pomiędzy kaflami. Można tu sporo pokombinować, a choć to raczej pasjans, to jest i trochę rywalizacji.

Skalvenia – Smart Flamingo

Na partyjkę w Skalvenię czaiłem się już od dłuższego czasu, ale nigdy nie udało się zagrać. Teraz też stolik z prototypem gry na stoisku Smart Flamingo był cały czas zajęty, ale wycwaniliśmy się i umówiliśmy w niedzielę na konkretną godzinę.

Ze względu na długość gry oraz nasze tempo nie rozegraliśmy całej partii, ale po kilkunastu turach (tak na oko, nie liczyłem) chyba dość dobrze poznaliśmy zamysł i podstawowe mechaniki. Nie będę się o nich rozpisywał, bo zajęłoby to kawał tekstu. Ogólnie każdy z graczy kieruje plemieniem wikingów, rozwijając ich wioskę oraz drakkary, a główną osią zabawy są przenosiny na tytułową wyspę Skalvenię – transportujemy tam towary, wikingów, no i walczymy.

Gra rozkręcała się dość wolno, ale też poznawaliśmy dopiero mechaniki i możliwości. Później szło już szybciej, bo każdy mniej więcej wiedział co chce zrobić. Jak to bywa w dłuższych grach, czasami czuć było downtime, szczególnie jeśli w swoim ruchu robiło się coś krótkiego, a przeciwnicy walczyli i ogólnie wybierali bardziej zajmujące akcje.

W grze było sporo możliwości, od ulepszania akcji, przez wystawianie wojowników i pływanie drakkarem, aż po toczenie walk i wysyłanie poległych do walhalli. To zdecydowanie tytuł z gatunku dłuższych, nie gierka na godzinkę z hakiem.

Na plus zaliczam też to, że po partyjce zostaliśmy zapytani o wrażenia, a nasze uwagi – słuszne czy nie – zostały spisane do dalszej analizy. Zawsze fajnie, gdy wydawca lub autor są otwarci na feedback i konstruktywną krytykę.

Kasia:

Po kilku podejściach na poprzednich wydarzeniach, w końcu udało nam się wypróbować Skalvenię. I może i dobrze, że nastąpiło to tak późno, bo gra, mimo że wciąż jest prototypem, to wizualnie prezentuje się już bardzo zacnie. Mechanika nie jest jeszcze doszlifowana, ale można poczuć z czym to się je. Przywodzi mi ona na myśl Wojowników Midgardu – mamy akcje w wiosce, łodzie, walki z wykorzystaniem kości. Muszę przyznać, że póki co najbardziej w Skalvenii podoba mi się system walki, bo wydaje się zbalansowany i nawet przegrana nie zostawia nas z poczuciem rozgoryczenia.

Jestem twoim filmem – Lucrum Games

Kasia:

To jest gra dla prawdziwych filmowych wyjadaczy. Rozgrywka jest interesująca, bo mamy różne rodzaje pytań (np. odgadujemy tytuły na podstawie cytatów, muzyki), ale jeśli nie pasjonujecie się filmami, to udzielenie właściwej odpowiedzi zdecydowanie nie jest łatwe.

Nie wiesz że wiesz – Lucrum Games

Kasia:

Podczas wyjaśniania zasad myślałam, że to jakiś żart i że ta gra nie może być dobra. Tu się dosłownie po prostu wymienia rzeczy w jakiejś kategorii (np. wszystko co lata)… O dziwo jednak podczas rozgrywki jakoś to zaczęło działać. Myślę, że dużą rolę odgrywa tu odpowiednia ekipa z wyobraźnią, bo wtedy faktycznie robi się zabawnie. Zdecydowanie nie można do tej gry podchodzić zbyt poważnie.

Zamek Kombo – Lucky Duck

Kasia:

To kolejna gra z serii „to już gdzieś było”. Mechanicznie łączy znane elementy, jak dobieranie kart, tworzenie swojego tablo i punktowanie za określone sąsiedztwo i cechy kart. Zamek Kombo łączy to wszystko jednak bardzo zgrabnie i rozgrywka jest przyjemna, więc nie miałabym nic przeciwko kilku kolejnym partyjkom.

Mycelia – Ravensburger

Wiktor:

Lekka, przyjemna i ładna gra rodzinna, laureat Gry Roku w kategorii rodzinnej, co jakoś mnie ominęło. Jednak po zagraniu partyjki zupełnie nie dziwi. W Mycelii staramy się usunąć wszystkie kropelki rosy z planszy, czy to poruszając nimi na odpowiednie pole, czy też zagrywając usuwające je karty.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.