recenzje planszówek

Time’s Up! Party (edycja niebieska) – recenzja

Wiek: 12+
Liczba graczy: 4-12
Czas gry: ok. 40 min.
Wydawca: Rebel
Tematyka: kultura i popkultura
Główna mechanika: odgadywanie
Dla: rodzin; imprezowiczów
Przypomina nam: rożne gry kalamburowe
BGG: Time’s Up! Party (hasła w wersji PL są inne)
Instrukcja: Time’s Up! Party

Grę przekazało nam wydawnictwo Rebel.

Opinia:

Wiktor:

Śledzący Planszówki we dwoje na Facebooku (czy też widujący moje komentarze) mogą kojarzyć, że o Time’s Up! wypowiadam się zawsze w samych superlatywach. Pewnie nieraz nazwałem tę grę najlepszą imprezówką, a regularnie na nasz stół trafia ona prawie od początku poważnej przygody z nowoczesnymi grami planszowymi. Mimo tego nigdy nie recenzowaliśmy tego tytułu, aż do teraz. Okazją, by Time’s Up! pojawił się na blogu jest jego kolejne (były już wcześniejsze) nowe wydanie. Zepsuć świetne wrażenia wyniesione z lat rozgrywek nie jest łatwo, ale też nowa wersja zauważalnie różni się od tej, w którą tłukliśmy przez cały ten czas. Wszystko się mogło zdarzyć.

Zacznę jednak od tego, o co w tym chodzi. Time’s Up! to swojego rodzaju kalambury, które rozgrywa się w parach/grupach (zmieniając się rolami pokazującego i odgadującego) – korzystając co partię z 40 kart – i w trzech rundach:

  • Runda 1: pokazujący musi opisać hasło, nie używając słów z tego hasła (nie może przewinąć karty, by wziąć następną przed odgadnięciem hasła); odgadujący ma tyle prób, ile chce: może cały czas rzucać odpowiedziami i próbować trafić tę właściwą;
  • Runda 2: gra się na tych samych hasłach, teraz jednak pokazujący może użyć tylko jednego słowa podpowiedzi (może przewinąć kartę), a odgadujący ma jedną próbę odpowiedzi, w przypadku porażki pokazujący odkłada kartę i bierze kolejną;
  • Runda 3: robi się trudno! pokazujący nie może mówić (tylko pokazuje i wydaje dźwięki), może za to przewinąć kartę, odgadujący nadal ma jedną szansę odpowiedzi.


Każda runda składa się z co najmniej kilku kolejek pokazywania i odgadywania, a kończy się, gdy wszystkie karty ze stosu zostaną odgadnięte. Czas dla każdej z par reguluje klepsydra – pokazywanie i odgadywanie musi odbywać się w tempie.

Kasia i gościnnie Sandra

W starszej edycji na kartach były tylko postacie: imiona i nazwiska oraz nazwy (np. Kaczor Donald, Pszczółka Maja). Nowy Time’s Up! rozwija tę listę o tytuły filmów/seriali oraz, jak to nazwał wydawca, elementy popkultury (przykładowo cuda świata czy Koran). To największa zmiana, obok samych haseł, z których około 70% jest nowych w stosunku do starszych wersji gry. Bardzo fajnie, że uwspółcześniono hasła, dodano nowe, a gra idzie z duchem czasów. Wbrew więc opisowi, że gra zawiera „całkowicie nowe hasła” należy nastawić się na to, że część może się powtarzać po połączeniu ze starszą wersją. Zakładam, że niefortunny zwrot ma określać nowe hasła w stosunku do wersji żółtej gry… Trochę szkoda, że tytuły filmów i seriali nie są zawsze podane w wersji polskiej i angielskiej, na szczęście takie Żywe Trupy mają dopisek, że chodzi o The Walking Dead.

Warto też wspomnieć, że z instrukcji wykreślono wariant czwartej rundy, polegający na zamarciu w jakiejś pozie (bez mówienia ani poruszania się), który zawarty był w naszym starszym Time’s Up!. To jednak mała strata, bo był on już nieco przegięty i spowalniał zabawę.

W grze lubię przede wszystkim jej energię i dynamikę. To nie imprezówka w stylu tych, w których długo się zastanawiasz i spokojnie wskazujesz karty. Presja czasu ma znaczenie, a gdy dochodzi jeszcze pokazywanie, to przy stole powstają czasami niezłe wygibasy. Do tego różne skojarzenia, skróty myślowe czy samo mylenie postaci powodują salwy śmiechu. Powiem krótko: żadna inna gra nie wywoływała w nas i znajomych takiego rozbawienia i czasami wręcz płaczu ze śmiechu.

Mechanicznie Time’s Up! też jest przemyślany. W teorii najpierw każdy z graczy przegląda równą część ze 40 kart (po 10 przy czterech graczach), z których może wymienić te, które chce. Pozwala się to pozbyć tych haseł, których dana osoba nie zna/nie czuje oraz zapoznać się z pozostałymi. Grając jednak na ogół rezygnujemy z tej opcji losowo wybierając po prostu 40 kart. Jest trudniej i zabawniej. Ten sam zestaw bierze udział we wszystkich rundach, co podczas pierwszej pozwala poznać wszystkie karty, a także z opisów wyłapać na tyle charakterystyczne skojarzenia, by użyć ich w kolejnej rundzie. Pewne znaczenie ma tutaj pamięć, bo osoba, która lepiej zapamięta wymienione na początku hasła może mieć przewagę w ich odgadywaniu. W praktyce jednak – przynajmniej u nas – zabawa jest na tyle radosna i wesoła, że i tak niektóre hasła później zaskakują swoją obecnością.

Time’s Up! ma jedną istotną cechę, która dla niektórych może być wadą – wymaga znajomości kultury, popkultury i pewnej dawki historii. Wśród haseł pojawiają się nazwiska pisarzy, postaci historycznych, fikcyjnych, superbohaterów. Z dużą częścią można sobie poradzić nawet bez znajomości konkretnej postaci (w stylu: „ma na imię jak mój wujek, a nazwisko podobne do trzeciego imienia kuzynki siostry ciotecznej kolegi ze studiów” 😉 ), jednak to znacznie spowalnia odgadywanie. Raczej trudno gra się w parze z kimś, kto ma niewielkie pojęcie o tym, co dzieje się na ekranach, kartach książek i dodatkowo nie kojarzy nazwisk. Widać to zresztą po mnie, gdy hasło dotyczy polskich aktorów lub piosenkarek i piosenkarzy, to partnerzy przewracają oczami wiedząc, że nie będzie lekko.

Dodanie do puli haseł też tytułów oraz elementów popkultury sprawdza się dobrze, daje też pewną szansę tym, którym nazwiska nie za bardzo idą. Przyznam jednak, że najchętniej zobaczyłbym zupełnie nowy zestaw z samymi tytułami, zamiast takiego miksu.

Zgodnie z pudełkiem Time’s Up! przeznaczony jest dla 4-12 osób. W gronie większym niż czteroosobowe graliśmy niewiele, bo uważam, że tytuł najlepiej sprawdza się przy czterech osobach, gdy wszyscy są zaangażowani w zabawę, a ścigamy się z czasem, nie partnerami z drużyny (liczy się pierwsza udzielona odpowiedź). Instrukcja opisuje wariant dla pięciu i siedmiu osób, w którym nie tworzy się drużyn (te, swoją drogą, nie muszą być nawet parzyste i równe). W sieci znaleźć też można, działający na podobnych zasadach, wariant dla trójki graczy.

W nowej wersji gry zawarto FAQ, jednak zapis dotyczący zakazu wydawania dźwięków i gestykulowania w pierwszych dwóch rundach wywołuje mój sprzeciw. Na szczęście Time’s Up jest na tyle plastyczną grą, że reguły można modyfikować tak, by wszystkim grało się dobrze. Dla nas dźwięki i gesty w każdej z rund wychodzą grze na dobre, szczególnie, że nie używa się ich jednak za wiele, więc w przyszłości będziemy grać tak, jak do tej pory.

Time's Up! elementy gry

Kasia:

Jestem dość wymagająca jeśli chodzi o gry imprezowe – wiele jest dla mnie zwyczajnie nudnych lub kompletnie mnie nie bawią albo są tytułami na raz, do których nie mam potrzeby wracać. Kolejne odsłony Time’s Up! udowadniają, że ten tytuł w kategorii imprezówek nie ma sobie równych. Świetnie łączy konieczność wykazania się zarówno wiedzą (lubię wiedzówki!), pamięcią, szybkością kojarzenia jak i kreatywnością. Dodatkowo presja czasu sprawia, że skojarzenia (zarówno naprowadzającego jak i odgadującego) potrafią być naprawdę odjechane, a dzięki temu niejednokrotnie prześmieszne. Nieraz trzeba też mocno improwizować, jeśli nie wiemy co oznacza hasło, ale mimo tego musimy naprowadzić na nie naszego współgracza. Nie jestem wielką fanką gier „na szybkość”, ale tutaj ta presja działa na mnie mobilizująco.

W nowej edycji Times Up! ciekawie pomieszano różne rodzaje haseł. Zarówno granie samymi postaciami jak i miksem kategorii podoba mi się w równym stopniu. Jest to też gra dość uniwersalna – można siąść do niej zarówno w rodzinnym gronie jak i ze znajomymi-geekami. Ogranicza jedynie liczba graczy (minimum, a jednocześnie optimum to 4) oraz ewentualne opory przed ekspresją w mniej znającym się gronie. Chociaż tutaj Time’s Up! fajnie wykorzystuje patent kolejnych rund – zaczyna się od mówienia, a potrzeba gestykulacji wzrasta z czasem.

Krążąca w trakcie jednej rozgrywki pula kart sprawia, że obserwowanie poczynań rywali jest nie tylko niezwykle zajmujące z powodów humorystycznych, ale także sensowne strategicznie (po dawanych podpowiedziach możemy sami kombinować jakie jest hasło i wykorzystać to gdyby przeciwnik go nie odgadł). Gra jest dzięki temu także bardzo intensywna i dynamiczna. Nie ma czasu na nudę, bo ciągle trzeba być w grze.

Podoba mi się, że każda karta zawiera dwa odmienne hasła o różnej trudności (oznaczonej kolorem), a fakt, że w jednej partii korzystamy tylko z 40 haseł sprawia, że przez dość długi czas nie będą się one powtarzały. I nawet kiedy zaczną, to pula jest na tyle duża, a gracze tak odmienni w skojarzeniach, że to niepozorne pudełeczko spokojnie zdąży zapewnić długie godziny świetnej zabawy.

Ocena Wiktora: 10/10
Ocena Kasi: 9,5/10

Ocena:

Wiktor:

Time’s Up! jest najzabawniejszą, najbardziej emocjonującą i dynamiczną imprezówką, jaką znam. Ma swoje drobne wady (jak chociażby to, że najlepiej śmiga we czworo), ale nadrabia to ogromną frajdą płynącą z rozgrywki. Polecam!

Kasia:

Time’s Up! daje masę radości – w trakcie naszych rozgrywek doświadczaliśmy zdecydowanie największych wybuchów niekontrolowanego śmiechu spośród wszystkich gier, do jakich siadaliśmy. A kilka tekstów z rozegranych partii zostało już naszymi inside joke’ami. Krótko mówiąc – uwielbiam tę grę!

Cechy:

  • gra na czas
  • brak wariantu czwartej rundy w nowej wersji gry
  • nowe typy haseł: tytuły, elementy popkultury

Plusy:

  • masa śmiechu podczas zabawy
  • walor edukacyjny (książeczka z wyjaśnionymi nazwiskami)
  • dynamiczna rozgrywka
  • proste, łatwe do wyjaśnienia zasady

Minusy:

  • najlepiej działa we czworo, nie mniej, nie więcej

Grę przekazało nam wydawnictwo:

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.